– Anna Zalewska, minister edukacji narodowej, obawia się ewentualnej rekonstrukcji rządu planowanej w czerwcu i nie chce, aby jej pomysły spotkały się z powszechną krytyką samorządów. A te już teraz alarmują, że na takie rozwiązanie potrzebne są dodatkowe środki – relacjonuje nam osoba pracująca nad zmianami.
– Na wszelkie tego typu pomysły trzeba mieć pieniądze. Należy zdefiniować zadania edukacyjne i dokonać ich wyceny. Dopiero wtedy można mówić o mniej licznych szkołach i klasach – mówi Marek Olszewski, wójt gminy Lubicz, przewodniczący Związku Gmin Wiejskich RP.
Według niego poza subwencją oświatową, która wynosi już blisko 43 mld zł, samorządy dokładają do systemu około 25 mld zł.
Reklama
To niejedyna propozycja, która na pewien czas trafi do szuflady. Wśród zmian forsowane było rozwiązanie likwidujące średnią płacę nauczycieli i dodatki, które docelowo miałyby być włączone do pensji zasadniczej. Wprowadzony miał być także mechanizm automatycznych podwyżek – wzrost PKB wpływałby na wyższe wynagrodzenie nauczycieli. Jeśli sytuacja byłaby odwrotna, dochodziłoby do jego obniżenia.
– Na spotkaniu z panią minister edukacji byli też przedstawiciele resortu finansów, którzy nas poinformowali, że na wprowadzenie takiego mechanizmu potrzebne są dodatkowe pieniądze – mówi Ryszard Proksa, przewodniczący sekcji krajowej oświaty NSZZ „Solidarność”. – Staramy się więc o spotkanie z panem premierem, aby to on dał nam zielone światło na uproszczenie systemu wynagrodzeń nauczycieli i automatyczne podwyżki – dodaje.
Środowisko nauczycielskie nie jest zadowolone z rządów Anny Zalewskiej. Co pewien czas Związek Nauczycielstwa Polskiego domaga się jej odwołania. Również w szeregach PiS pojawiają się głosy, że generuje ona niepotrzebne konflikty.
– Nawet wprowadzenie rozporządzenia dotyczącego nowego sposobu oceniania od września nauczycieli jest celowo opóźniane do wakacji, aby nie było protestów, bo od początku wzbudza wiele kontrowersji – mówi nam jeden ze współpracowników Anny Zalewskiej.