Lidia Raś: Dlaczego powinniśmy dokładnie czytać etykiety na produktach? Czy przekonanie, że to co leży na półkach w sklepie jest bezpieczne, to naiwność?
Dr Aleksandra Rutkowska: Odpowiem przykładem: w sklepie możemy kupić np. wyroby tytoniowe, a wszyscy wiemy, że nie są one zdrowe. Jako konsumenci musimy mieć świadomość, że nie wszystko co sprzedawane, jest dla nas dobre. Natomiast kwestia szkodliwości różnych substancji w produktach to trudna i dyskusyjna sprawa. Część z nich jest toksyczna, część nie wykazuje działań toksycznych, ale po pewnym czasie stosowania mogą wpływać np. na zaburzenia układu hormonalnego.

Czy substancja toksyczna automatycznie wycofywana jest z produktu?
To zależy od poziomu toksyczności. Substancje wyjątkowo toksyczne nie pojawiają się w produktach konsumenckich ponieważ są niebezpieczne dla zdrowia i życia. Niektóre są jednak toksyczne tylko w dużym stężeniu, więc można je dopuścić pod warunkiem, że nie przekroczą określonej normy. Jest też grupa substancji, których mały dodatek nie jest szkodliwy dla człowieka, a ponieważ poprawia jakieś parametry produktu np. przedłuża jego trwałość, więc się go stosuje.

Ogromnym osiągnięciem UE jest zasada ostrożności, a szczególnie wynikająca z niej dyrektywa REACH, która ma chronić zdrowie ludzi i środowisko naturalne. Zgodnie z rozporządzeniem, to producenci ponoszą odpowiedzialność za wytworzone chemikalia i muszą dbać o bezpieczeństwo konsumentów. Czy to nie powinno być wystarczającym zabezpieczeniem?
To bardzo ważne rozporządzenie. Odkąd w 2007 roku dyrektywa REACH została wprowadzona, rynek konsumencki i producencki zaczął się przebudowywać. Okazało się, że jednak można tworzyć produkty, które pewnych substancji nie zawierają, że umieszczenie na liście składników niebezpiecznych powoduje, iż producenci starają się ich unikać, że powstają produkty z certyfikatem „Ecolabel”, z przyjaznym dla człowieka składem. I nie chodzi już tylko o pojedynczych producentów, ale szerszą grupę, konkurującą ze sobą, co powoduje większą dostępność na rynku i lepszą cenę. Bardzo powoli, ale jednak gorsze składniki są zastępowane lepszymi. Producenci starają się też trzymać dopuszczalnych norm składników szkodliwych w produkcie.

To gdzie jest „haczyk” w tym wszystkim?
Jeśli mamy kontakt z jednym produktem zawierającym niezbyt zdrową substancją, to problemu nie ma. Organizm człowieka sobie z nią poradzi i ją usunie. Tylko że to scenariusz ze świata idealnego, w którym nie jesteśmy wystawiani na żadne inne tego typu substancje. Żyjemy jednak w środowisku dość mocno skażonym różnymi związkami. Substancje szkodliwe, choć w dopuszczalnych normach mogą być w różnych produktach: od kosmetyków i chemii, przez meble, podłogi i materiały wykończeniowe, aż po żywność. I tak powstaje mieszanina różnych związków, która trafia do organizmu. Nie każdy będzie na nią obojętny. Pewne osoby są szczególnie wrażliwe, np. dzieci, kobiety w ciąży (związki przenikają przez łożysko), osoby starsze (mają utrudniony metabolizm), czy wszyscy ci, którzy z różnych powodów mają problemy ze zdrowiem i cierpią np. na otyłość czy na zaburzenia hormonalne. Szczególnie dla nich taka kumulacja może być niebezpieczna. Jeszcze jedna substancja w jeszcze jednym produkcie może być tą kroplą, która przeleje czarę. Przy czym pamiętajmy, substancje szkodliwe na jednych oddziałują mocniej, na innych słabiej, ale mają wpływ na każdego.

Czasem nie wiemy, że kupujemy coś złego. Nie wiemy czego szukać, na co zwracać uwagę.
Generalnie w składzie powinny być podane wszystkie wykorzystane składniki, ale nie zawsze tak się dzieje. Czasem szkodliwe substancje kryją się pod nazwą „barwnik”, „zapach”, „nośnik zapachu”. Na co dzień zajmuję się związkami endokrynnie czynnymi, a więc tymi substancjami, które naśladują nasze naturalne hormony. Między innymi ftalany mogą być nośnikiem zapachu w perfumach czy środkach chemicznych. Jeśli na opakowaniu widzimy czasem napis „fragrance” lub „zapach” to nigdy do końca nie wiadomo co jest w środku i można mieć przypuszczenie, że chodzi o substancje szkodliwe.

Podobno ftalany mają szybki czas rozpadu, więc organizm człowieka może sobie łatwo z nimi poradzić.
Uważałabym z tymi nadziejami. To prawda, ftalany mają krótki czas rozpadu, ale kiedy na GUM dzięki współpracy z Politechniką Gdańską robiliśmy badania, okazało się , że po 12 godzinach nadal wykrywaliśmy ich stężenia w organizmie. Wszystko bowiem zależy od metabolizmu konkretnego człowieka, od wieku, od ilości tkanki tłuszczowej, od profilu hormonalnego, od sprawności wątroby i wielu czynników genetycznych. Więc faktycznie niektóre osoby szybko pozbędą się ftalanów, a inne wolniej. Z założenia wolniej ten proces postępuje u mężczyzn, bo męskie hormony, androgeny, go hamują. Wolniejsze tempo mogą mieć też kobiety z zespołem policystycznych jajników. W ogóle ftalany, bisfenole, pestycydy, ale też niektóre antybiotyki i niektóre środki przeciwbólowe maja jedną wspólną cechę: strukturę pierścieniową, która bardzo przypomina hormony płciowe - żeńskie i męskie. Kiedy trafią do naszego organizmu, to nie jest on w stanie odróżnić ich od naszych hormonów. Te „sztuczne” mogą blokować wydzielanie naturalnych, zmieniać je i w efekcie pojawią się zaburzenia związane z nadmiarem lub niedoborem hormonów. Ostatnio wskazuje się na powiązanie substancji endokrynnie czynnych ze wzrostem ryzyka chorób cywilizacyjnych, w tym zaburzeń płodności, u kobiet i mężczyzn, nowotworów hormonozależnych (rak piersi u kobiet i rak prostaty u mężczyzn) czy otyłości, która jest plagą naszych czasów.

W czym mogą się znajdować ftalany?
Są dodawane do wielu produktów codziennego użytku. Są np. w panelach podłogowych, meblach, dywanach, zasłonach prysznicowych, zabawkach, lakierach do włosów, do paznokci, w szminkach, opakowaniach do żywności, czasem w butelkach. I w każdym z tych produktów zwykle są stosowane w niewielkiej ilości, zgodnie z normą, ale z każdego z nich przenikają. Możemy je nawet wdychać z kurzem. Jeśli ograniczamy liczbę źródeł narażenia, to sobie poradzimy. Ale jeśli będziemy się produktami zawierającymi te związki otaczać bez ograniczenia, to one niestety mogą się odkładać w naszym organizmie.

Co to są opóźniacze spalania?
Są to substancje chemiczne, zawierające najczęściej brom lub chlor, dodawane m.in. do mebli tapicerowanych lub ubrań żeby podwyższyć temperaturę zapłonu, czyli mówiąc prościej utrudnić ich palenie się. Takie są unijne wymogi zwiększające bezpieczeństwo ich użytkowników. Ale jest też druga strona medalu. To są także substancje endokrynnie czynne. A więc do wymienianych wcześniej składników, dokładamy i tę cegiełką, która może zwiększyć ryzyko chorób cywilizacyjnych.

To jak się chronić, skoro trudno też odmówić pozytywnego działania tych związków?
Możemy często odkurzać meble, nowe ubrania przed założeniem powinno się prać, zresztą nie tylko z powodu opóźniaczy spalania, ale i innych związków dodawanych do ubrań przed transportem, a mających działanie hormonalne. Problem w tym, że producentom nie można zabronić dodawania tych substancji, bo jeśli trzymają się norm, to wszystko wydaje się być w porządku. Często też te substancje spełniają istotną rolę w zabezpieczeniu produktu np. przed mikroogranizmami. Jednak konsumenci muszą być świadomi, że substancji endokrynnie czynnych mamy na liście już ponad 1400. Oczywiście nie z każdymi mamy kontakt na co dzień, najczęściej jest to grupa kilku czy kilkunastu związków, ale one są i dobrze by było mieć tego świadomość, a w miarę możliwości je ograniczać lub zastępować zdrowymi alternatywami.
Udowodnienie szkodliwości jakiejś substancji wymaga czasu i wielu badań. Większość badań prowadzi się na pojedynczych związkach, dlatego poznajemy tylko skutki działania tego konkretnego związku.. Wiemy jak on się zachowuje w konkretnym stężeniu, w konkretnym przypadku, ale w organizmie człowieka mamy kumulację różnych związków, więc te efekty mogą być nawet silniejsze lub mniej przewidywalne niż te które opisywane w publikacjach naukowych.
To nad czym pracuje Fundacja „Kupuj odpowiedzialnie” to jedno wartościowe narzędzie pokazujące po składzie, gdzie są poukrywane szkodliwe substancje, a my równolegle tworzymy aplikację, która ma uzmysłowić co mamy w domu. Czy i jak jesteśmy narażeni na oddziaływanie szkodliwych substancji zaburzających działanie układu hormonalnego, jak ich unikać i jak zmienić styl życia na zdrowszy, by to było łatwiejsze. Mam nadzieję, że do końca roku te dwie aplikacje pomogą ludziom ograniczyć substancje endokrynnie czynne i upowszechniać metody radzenia sobie z nimi.

Czy powinniśmy się obawiać nanocząsteczek?
Teoretycznie te mikroskopijne cząstki są obojętne. Tylko że gdy mówimy o mikroplastiku, to wiadomo, że jednak może odkładać się on w organizmie. Trudno przewidzieć jakie wywoła reakcje za jakiś czas, bo przecież jest to ciało obce.

A jak ono trafia do naszego organizmu?
Choćby przez picie wody butelkowanej, ponieważ z polimeru plastikowego w butelce uwalniają się zarówno cząsteczki mikroplastiku, jak i substancje endokrynnie czynne. Dużo jest go w rybach morskich, zwłaszcza tych poławianych bliżej brzegów. Generalnie lepiej kupować ryby oceaniczne, bo morskie kumulują plastik, kadm, rtęć, ołów, związki endokrynnie czynne. W przeszłości mikroplastik był elementem past do zębów i preparatów do mikropilingu, ale został z nich na szczęście wycofany. Tak naprawdę mikroplastik z każdego opakowania plastikowego może przenikać do żywności. Im bardziej miękki, tym tych cząsteczek może być uwalnianych więcej, w krótszym czasie. Część jest z organizmu usuwana, ale część pozostaje np. w układzie pokarmowym. Jakie są tego konsekwencje? Dowiemy się po kolejnych latach badań.

Plastikowe słomki, talerzyki, kubeczki powoli odchodzą do przeszłości. Ale plastikowe butelki na wodę nadal z nami są. I co teraz?
Plastik wykorzystywany do butelkowania wody i napojów to najczęściej PET, oznaczony trójkątem z cyfrą 1; teoretycznie ma być bezpieczny. Ale w wodzie przechowywanej w takich butelkach były wykrywane na przykład ftalany i bisfenol. Nie muszą tam być, ale mogą. Im bardziej butelka była wystawiona na słońce albo przechowywana w lodówce, albo ściskana w rękach, tym większa szansa, że znajdą się w niej substancje endokrynnie czynne, które potem wypijemy. Mam wiec od razu dwie rekomendacje: woda z kranu – a jeśli ktoś nie ma przekonania do ujęcia, dzbanek z filtrem węglowym, z którego wodę przelejemy do szklanego opakowania lub stalowego bidonu. Ważne – ze stali szlachetnej.

A jeśli na butelce mamy inne cyfry?
Ta numeracja służy tak właściwie do kategoryzowania produktu w kierunku recyclingu. Najbardziej znanych jest siedem, bo mówią o tworzywach sztucznych. Z tych numerków 2, 4, 5 wydają się być najbardziej bezpieczne, przynajmniej pod kątem związków endokrynnie czynnie. Nie powinno ich tam być, aczkolwiek zdarzają się nieuczciwi producenci. Polietylen, polipropylen są bezpieczne, choć też mogą uwalniać mikroplastik, jak każde tworzywo. Ale substancji endokrynnie czynnych tam być nie powinno. Najgorsze są opakowania plastikowe z numerkami 3, 6, 7. Trójka to PCV, w którym mogą być ftalany i bisfenol, szóstka - styropian, polistyren wykorzystywany do produkcji jednorazowych kubeczków plastikowych, siódemka – tworzywa mieszane, w których w sumie nie wiadomo co się znajduje.

Wspomniała pani też o bisfenolach. Dlaczego ich też powinniśmy unikać?
To chyba najlepiej przebadane związki endokrynnie czynne, które przypominają estrogeny czyli żeńskie hormony płciowe. Najbardziej znany jest bisfenol A, wymyślony jako syntetyczny estrogen w latach 30. ub wieku. Nie został wykorzystany jako lek, za to powrócił jako plastyfikator, jest dodawany też do tworzyw sztucznych dla trwałości i zachowania koloru produktu. Może być w wypełnieniach dentystycznych, w niektórych soczewkach kontaktowych, sprzęcie elektronicznym, w wyściółce puszek z żywnością , meblach, zabawkach… i w paragonach. Wraz z Politechniką Gdańską w naszych badaniach wykazaliśmy 11 analogów bisfenoli w organizmie mieszkańców Gdańska. Zacna ilość… A efekty? Takie jak w przypadku innych endokrynnie czynnych związków.

Chyba prawie każdy turysta zna goretex. Mało tego – szuka odzieży z tym składnikiem, bo skutecznie chroni przed przemoknięciem. Ale podobno on też nie należy do tych najbezpieczniejszych?
Niestety, to prawda; nie jest to najzdrowsze rozwiązanie. Ale to znowu ten przypadek, gdzie zalety trzeba jakoś łączyć z dbałością o zdrowie. Nie ma obecnie lepszego produktu alternatywnego, nie da się wyeliminować wszystkich produktów chemicznych z naszego życia, ale możemy to zagrożenie niwelować. Jeśli ktoś korzysta z takich ubrań, uprawiając turystykę, to niech np. pozostałą odzież wybierze idealnie naturalną, tak żeby te wpływy negatywne zmniejszać.

Nie da się wyeliminować wszystkich szkodliwych substancji z naszego życia. To jak nie zwariować mając świadomość ich istnienia?
Słowo klucz – świadomość. Wiedza o tych substancjach i ich obecności w produktach, które nas otaczają, zaczęła się popularyzować tak naprawdę kilka lat temu, głównie za sprawą dziennikarzy, którzy podjęli temat. Jeszcze 10 lat temu, kiedy badałam te substancje, temat nie istniał w powszechnej świadomości, a nawet na kongresach medycznych trudno było się z nim przebić jako zbyt „laboratoryjnym”. Dzięki międzynarodowej, wieloośrodkowej i wielodyscyplinarnej współpracy, a przede wszystkim dzięki zaangażowaniu wielu osób z całego świata temat ten zaczął się w ostatnich latach stawać numerem jeden w dyskusjach i regulacjach na poziomie zarówno unijnym jak i samorządowym. Za sprawą mediów również konsumenci zaczęli się interesować problemem, a to – obok unijnych decyzji - wpłynęło na decyzje producentów. Bezpieczniejsze produkty zaczęły wypierać z rynku te gorsze, szkodliwe. I taka „presja mentalna” dokonywana przez wybory konsumenckie jest chyba najbardziej skuteczną drogą. Nie da się wycofać z rynku wszystkich szkodliwych produktów, nie można paraliżować gospodarki, trzeba więc pilnować norm i budować świadomość konsumentów. Wracamy obecnie do stanu przed kilkudziesięciu lat, naturalnej i nieprzetworzonej żywności, naturalnych produktów, surowców odnawialnych bo to jedyne rozwiązanie dla nas i dla planety. Ważne żeby edukować a nie straszyć, stawiać na rozsądek kupujących. Informować o istnieniu szkodliwych substancji i potencjalnych miejscach ich występowania, ale przede wszystkim też o tym, że mamy rozwiązania części problemów w zasięgu ręki.

Na przykład?
Zacznijmy od najprostszych rzeczy, czyli od nawyków żywieniowych: kupujmy lokalną i jak najmniej przetworzoną żywność. Wybierajmy tę sprzedawaną luzem. Jeśli nie znamy pochodzenia owoców i warzyw, obierzmy je ze skórki. Nie kupujmy żywności puszkowanej, nie gotujmy ryżu i kaszy w workach plastikowych, wybierajmy ubrania z naturalnym składem (bawełna, len, w miarę możliwości niebarwione, bez dodatkowych naszywek i aplikacji), pierzmy przed założeniem na siebie. Nie bierzmy paragonów na zakupach tylko ewentualnie zróbmy zdjęcie, a jeśli już bierzemy - myjmy ręce. Patrzmy na skład kosmetyków i chemii w domu. Im krótszy skład, bardziej naturalny (>95%) tym lepiej. Na kosmetykach musi być informacja o zawartości poszczególnych składników, a ich kolejność określa stężenia. Warto na to zwracać uwagę czytając skład i sprawdzać, czy mniej pożądane substancje są na końcu, czy na początku listy. Jeśli na końcu – nie ma tragedii. Wybierajmy produkty naturalne albo z certyfikatem „Ecolabel” wtedy mamy pewność ze są bezpieczne. W domu regularnie ścierajmy kurze wilgotną ściereczką, ale bez detergentów. Do kurzu wydzielają się szkodliwe substancje z podłóg, mebli, elektroniki, a my je wdychamy, więc jeśli będziemy regularnie sprzątać, to ilość tego wdychanego szkodliwego kurzu będzie mniejsza. Utrzymujmy w domu temperaturę poniżej 21 stopni, regularnie wietrzmy intensywnie pomieszczenia, wtedy ta ekspozycja spadnie. Jeżeli mamy ochotę kupmy designerską szklaną butelkę, ale ta szklana po soku czy passacie pomidorowej też się sprawdzi, aby zabrać wodę z kranu ze sobą. Każde nasze działanie będzie mieć sens. Mała zmiana w naszym codziennym życiu to globalny krok do ograniczenia skażenia środowiska i zmniejszania naszego ryzyka chorób cywilizacyjnych.

Dr Aleksandra Rutkowska z Zakładu Zarządzania w Pielęgniarstwie Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego, prezes spółki DetoxED – spin offu Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego i Politechniki Gdańskiej