Autorzy chcieli za jednym zamachem odebrać samorządom możliwość zmieniania granic okręgów i zlikwidować jednomandatowe, wprowadzić 400 komisarzy wyborczych, przeprowadzać głosowania w świetle kamer i za pomocą dwóch komisji, z których jedna pracowałaby w lokalu, a druga liczyła głosy. Do rady gminy zaś mógłby kandydować każdy mieszkaniec województwa, a nie tylko jej mieszkaniec. Do tego miało dojść – najbardziej chyba kontrowersyjna propozycja – ograniczenie liczby kadencji (do dwóch) dla samorządowych włodarzy.

Prace posuwały się szybko i na nic zdawały się głosy krytyki, ba, nawet oskarżenia o niekonstytucyjność – zarówno ze strony opozycji, jak i PKW czy ekspertów. Tak było – do środy, kiedy okazało się, że autorzy nowelizacji nagle... sami się wycofują z najbardziej kontrowersyjnych poprawek lub przynajmniej osłabiają ich znaczenie. Bo JOW-y w gminach do 20 tys. mieszkańców mają jednak zostać, komisarzy ma być 100, a nie 400 i to nie oni mieliby ewentualnie dokonywać zmian granic okręgów (nadal robiłyby to, jak do tej pory samorządy) – taki przynajmniej był stan na zamknięcie dzisiejszego TGP.

PiS nie zrezygnował wprawdzie z dwukadencyjności, zapowiada jednak wydłużenie kadencji do lat pięciu. Ale czy na pewno? Nawet wewnątrz tego ugrupowania – i mimo ukłonu w kierunku zwolenników Jarosława Gowina – są oponenci tego rozwiązania. Do projektu w trakcie obrad Sejmu zgłoszono 150 poprawek i ponownie odesłano go do komisji. Choćby dlatego trudno przesądzić, jak będzie ostatecznie. A przecież będzie jeszcze kolejne głosowanie i prace w Senacie. Niewykluczone więc, że czekają nas następne zwroty akcji. Czy z wielkiej wyborczej rewolucji zostanie tylko niewarta takiej burzy korekta?

ZAINTERESOWAŁ CIĘ TEN TEMAT? CZYTAJ WIĘCEJ W TYGODNIKU E-DGP >>