Straty z tytułu piractwa muzycznego w Polsce szacowane są na przeszło 100 mln zł rocznie. Z kolei RIAA, zrzeszenie amerykańskich wydawców muzycznych straty z amerykańskiego rynku liczy w miliardach dol. Są jednak badania dowodzące, że piractwo nie wpływa negatywnie na sprzedaż muzyki. Tak czy inaczej, jest zjawiskiem negatywnym.

W dyskusji o piractwie często podnosi się przykład Norwegii, która zredukowała piractwo z 80 do 5 proc. po części dzięki restrykcyjnym przepisom, ale głównie dzięki temu, że postawiła na rozwój i dostępność legalnych usług, w tym streamingowych.

Ale Polska to nie Norwegia i piractwo muzyczne występuje tu na poziomie 30 proc. Czy udałoby się powtórzyć wyczyn Norwegii? - Być może, jednak głęboko w nas zakorzenione jest poczucie wiecznego dorobku – zawsze jest pilniejszy wydatek niż muzyka czy film, oraz chęć do kiwania systemu, jaka została w nas po okresie PRL i zaborów – mówi Michał Kanownik, prezes ZIPSEE Cyfrowa Polska. Czym się usprawiedliwiamy? Najczęstsze wymówki pojawiające się w badaniach to: bo wszyscy ściągają, bo muzyka jest za droga, bo chcę zapoznać się z muzyką szybciej, bo tak jest łatwiej. - Pobieranie z internetu nie zawsze jest czymś złym. Liczy się źródło, z którego plik został pobrany – wskazuje Michał Kanownik.

W Polsce na piractwo w muzyce i filmie nie ma mocnych, ale są próby wyrównania rachunku muzykom, szukając dodatkowych dochodów z kopiowania muzyki z legalnych źródeł np. poprzez objęcie smartfonów i tabletów opłatą reprograficzną. – Jednak to nie jest rozwiązanie problemu – mówi Michał Kanownik.

To internet narobił najwięcej zamieszania, bo piractwo jest dzięki niemu znacznie łatwiejsze. Jedni poszkodowani z Internetem chcą walczyć, inni biorą sytuację taką, jaka jest.

– Rynek zawsze się zmieniał i nie da się tego uniknąć. Jedyną drogą dla artysty jest zaakceptowanie zmian – mówi Adam Jaworski, muzyk, producent, znany jako DJ Adamus.

Dr Piotr Turek, muzyk, przedsiębiorca, ekspert rynku dystrybucji cyfrowej muzyki mówi o trwającej walce starej ery analogowej z nową, cyfrową. – Nowa era przyniosła inne sposoby konsumpcji, twórczości, nieznane dotąd modele biznesowe, wreszcie wizję transparentności i prostych reguł w przyszłości – mówi. - Jednak wpływy ery analogowej szerzą ferment, próbując narzucić stary ”ład”, dawne modele biznesowe i zasady gry ze świata, w którym rządziły światowe wytwórnie muzyczne oraz mass media – mówi dr Turek.

Na czym artyści zarabiają najwięcej? - Sprzedaż nośników fizycznych spada, ale takie pola jak internet czy streaming dają nowe możliwości. Oczywiście nie są to takie wpływy, jak kiedyś. W moim przypadku liczą się głównie występy na żywo – mówi DJ Adamus. To kompromis, z którym często godzą się artyści. Machają ręką na piractwo, bo to i tak walka z wiatrakami. Potencjalna strata z ściągniętej nielegalnie płyty rekompensują sobie na innych polach. Jeśli płyta spodoba się fanowi, przyjdzie na koncert i weźmie znajomego albo kilku.

Artyści podzielili się na dwie frakcje. – Najliczniejsza to niezależni artyści, tworzący we własnych, często profesjonalnych warunkach. Ich siłą jest internet. Serwisy z legalną muzykę oraz serwisy społecznościowe używają jako darmowego sposobu na promocję, dające przepustkę do zarabiania na koncertach, czy też poprzez sprzedaż ubrań, gadżetów – mówi dr Turek. Dodaje, że w tej grupie wielu artystów dorabia sobie, czy to robiąc za DJ-ów, tworząc jingle reklamowe, uczą muzyki itd.

– Ci artyści zarabiają symboliczne kwoty z serwisów cyfrowych, z organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi (OZZ) dostają też nieregularnie i poślizgami niewielkie kwoty – mówi dr Turek.

Mniej liczna grupa to muzycy odcinający kupony od tantiem. Wszyscy ci, których piosenki lecą w radio i telewizji, w przerwach między dominującymi utworami zza granicy. – Porównując ich przychody z pierwszą grupą, zarabiają olbrzymie kwoty z OZZ. Dzieje się tak z uwagi na sposób dzielenia „bezraportowych wpływów”, które spływają z tzw. czystych nośników, jak i punktów usługowych np. restauracje, centra handlowe – tłumaczy dr Turek. Przyjmuje się założenie, że skoro piosenka grana jest często w radio, to i często odtwarzana będzie w restauracji czy salonie fryzjerskim.

Ekspert wskazuje, że obie frakcje mają wspólny mianownik. – Przychody uzyskiwane z cyfrowych serwisów muzycznych i OZZ maleją. Ponieważ w końcu wygra era cyfrowa, OZZ mają przed sobą trudne zadania polegające na zbalansowanej transformacji głównych przychodów w kierunku uboższej i liczniejszej grupy cyfrowej – wskazuje dr Turek. Dodaje, że cokolwiek się stanie, któraś grupa będzie niezadowolona i tego uniknąć się nie da.

Cyfrowa dystrybucja muzyki odbywa się głównie za pośrednictwem streamingu w serwisach typu Spotify. Jednak to rozwiązanie niedoskonałe, i dla muzyków i samego serwisu. Taylor Swift wycofała w zeszłym roku z serwisu swoją płytę skarżąc się na groszowe przychody. Serwis, choć zwiększa przychody, koniec końców notuje ujemne wyniki netto. 2014 r. zamknął z przychodem ponad 1 mld euro, przy stracie netto 150 mln euro.

Spotify płaci tantiemy za odtworzenia (liczone po 30. sekundzie) od 0,0084 do 0,006 dol. w zależności od kraju. 20 proc. przychodów oddaje wytwórniom, lecz do muzyków trafia mniej niż 7 proc., jak wyliczył serwis TechDirt.

Ale internet pozwala wyciąć pośredników, czego doświadczyła już niejedna branża. – Cyfrowe serwisy muzyczne już niebawem będą potrafiły rozliczać się bezpośrednio z producentami, wykonawcami i kompozytorami – mówi dr Turek. – Czy OZZ, agregatorzy muzyki, wydawcy i wytwórnie są na te zmiany gotowe? – pyta retorycznie.

Jego zdaniem przyszłość może przynieść różne rozwiązania. Właściciele technologii i serwisów mogą pójść drogą wyeliminowania pośredników, OZZ mogą skonsolidować siły łącząc się, jak istniejące jeszcze 3 największe światowe wytwórnie. – Miejmy nadzieję, że cokolwiek ma się wydarzyć, wydarzy się szybko, bo branża muzyczna od lat już tkwi w patowej sytuacji, cofając się, a nie rozwijając – kwituje dr Turek.