Choć założeniem prelegentów było przedstawienie informacji dotyczących stanu prac nad opublikowanym we wrześniu 2016 r., mocno już zmienionym projektem dyrektywy, to szybko konferencja zmieniła się w panel dyskusyjny, w którym zarówno słuchacze, jak i twórcy często zamieniali się swoimi rolami. Motywem przewodnim stało się przede wszystkim odkłamywanie wizerunku dyrektywy, określonej jako szkodliwej dla użytkowników końcowych, czy wręcz łamiącej prawa obywatelskie i godzącej w swobodę wypowiedzi oraz prywatność.

Obiegowa opinia dominująca w internecie głosi, iż wielu małych i średnich przedsiębiorców, na skutek odgórnej walki z piractwem, zniknie z rynku z powodu zmian w mechanizmach publikacji treści. Według przedsiębiorców, platformy takie jak Google, YouTube czy Facebook będą m.in musiały systematycznie skanować udostępniane przez ich użytkowników treści wideo czy muzykę, pod kątem przestrzegania praw autorskich. A w przypadku podejrzeń, że materiał jest nielegalnego pochodzenia, firma czy też inny podmiot będzie musiała bezzwłocznie usunąć lub zablokować materiał.

Takie doniesienia dementowali jednak przedstawiciele Izby Wydawców Prasy (Bogusław Chrabota, prezes IWP i jednocześnie redaktor naczelny „Rzeczpospolitej” i adwokat Jacek Wojtaś) oraz: adwokat Marek Staszewski ze Związku Producentów Audio-Video, Teresa Wierzbowska, prezes stowarzyszenia „Sygnał”, Krzysztof Jedlak, redaktor naczelny Dziennika Gazety Prawnej, Maciej Petruczenko, redaktor naczelny tygodnika „Passa”, reżyserka Joanna Kos-Krauze (Gildia Reżyserów Polskich) oraz muzyk Maria Sadowska.

Jacek Wojtaś z IWP podkreślił, że wszelkie obawy, czarny PR i hasła typu "ACTA 2" są nieuzasadnione i absurdalne. - Przede wszystkim wielu spośród uczestników rynku (a na pewno nie zwykły konsument internetowy) nie będzie płacić tzw. "podatku od linków", czyli opłaty za dzielenie się materiałami w sieci.

Mecenas wskazał też, że obecnie, gdy nie ma żadnych regulacji, wielu małych i średnich wydawców jest bezbronnych wobec internetowych gigantów.
- Podmioty te często godzą się, by duże firmy wykorzystywały ich treści, bo nie stać ich na koszty prawne i sądowe – zauważa adwokat.

Krzysztof Jedlak zauważył, że taki stan rzeczy musi ulec zmianie. - Obecnie bez żadnych zahamowań i bezkarnie korzysta się z treści wydawnictw, nie patrząc przy tym na koszty poniesione przez wydawcę czy pracę wykonaną przez samego dziennikarza, który de facto zawsze powinien być potraktowany jako twórca. Nie mówiąc już o tym, że wszystko odbywa się bez żadnej rekompensaty, czy wynagrodzenia z tytułu użycia prawa autorskiego - a to niejednokrotnie przecież kradzież – mówił naczelny DGP.

Za to mecenas Staszewski zwrócił uwagę, że nowe przepisy (kontrowersje wzbudzają art. 11 i 13) mają pomóc, ale przebić się z takim przekazem przez nieuzasadniony szum medialny i negatywne kampanie środowisk, które sporo straciłyby na dyrektywie, jest bardzo trudno.

- Faktycznie narosło już sporo mitów, ale te powstały celowo albo z niewiedzy. Wielu spośród tych, którzy nawołują do bojkotu, czy w nim uczestniczą, nawet nie czytało dyrektywy. A proszę mi wierzyć, nie jest ona specjalnie trudna w przekazie, nie ma w niej mowy o tym co można usłyszeć w mitach – stwierdził adwokat.

Przedstawiciele mediów zaś zauważyli, że nowe przepisy mogą odegrać ważną rolę w uporządkowaniu rynku wydawniczego i zwiększyć wynagrodzenia twórców i dziennikarzy, chociażby poprzez obowiązek licencjonowania używania treści przez duże agregatory treści i linków – a nie przez absurdalne nieistniejące obostrzenia dla konsumentów.

– Wynagrodzenia artystów są wręcz śmieszne. A wpływy z mediów cyfrowych nie zapewniają obecnie żadnego godziwego zarobku, a przecież z takich publikacji żyje artysta – stwierdziła Maria Sadowska. – My, jako twórcy, chcemy zrównania naszych dzieł z innymi towarami rynkowymi, za które zwyczajowo się płaci bez mrugnięcia okiem.

Podobnego zdania była reżyserka Joanna Kos-Krauze oraz znany muzyk Wojciech Konikiewicz, którzy wskazali na niedostateczne mechanizmy ochrony prawnej oraz niemal zerową skuteczność w procesach o naruszenie praw autorskich – według nich ta dyrektywa może tylko pomóc i to zarówno twórcom, jak i pozostałym uczestnikom rynku.

Konferencję podsumował zastępca dyrektora generalnego Stowarzyszenia Autorów ZAiKS Rafał Kownacki, który stwierdził, że faktycznie dyrektywa daje wolność nie tylko jednej kategorii podmiotów. Twórcom daje możliwość tworzenia i zabezpiecza ich interesy. Małym i średnim serwisom internetowym promującym np. kulturę niszową, alternatywną daje szansę na równość wobec wielkich serwisów. Ale daje też wolność konsumentom, poprzez wolny dostęp do różnorodnej palety serwisów, a nie tylko do treści udostępnianej przez wielkich graczy cyfrowego rynku. Przedstawiciel ZAiKS dodał, że jest też szansa na roszczenie o przywrócenie treści, która została usunięta z powodów arbitralnych.

Niektóre mity

1. Koniec wolności w sieci
Obalony. Dla odbiorcy nic się nie zmieni – dostanie on za to dostęp do większej ilości źródeł wiarygodnych
2. Podatek od linków.
Obalony. Nowe rozwiązania dotyczą modelu biznesowego polegającego na czerpaniu korzyści z oferowania obcych treści bez opłat. To nie dotyczy użytkowników końcowych.
3. Upadek małych wydawców.
Obalony. Wprowadzenie prawa pokrewnego pozwoli na negocjowanie godziwych stawek z większymi monopolistami.

Głosowanie w PE już 5 lipca
20 czerwca projekt dyrektywy zyskał akceptację komisji prawnej PE. Regulacje, choć miały wielu przeciwników, dostały wsparcie głównych grup politycznych w Parlamencie Europejskim. Eurodeputowani wsparli zarówno art. 11 proponowanej dyrektywy, który dotyczy praw wydawców publikacji prasowych, jak i art. 13, który mówi o odpowiedzialności platform internetowych za objętą prawami autorskimi treść. Za stanowiskiem przyjętym przez komisję prawną opowiedziało się 14 zasiadających w niej europosłów; 9 było przeciwko, a 2 wstrzymało się od głosu.