Już za 5 – 7 lat Polska nie będzie w stanie obejść się bez imigrantów – alarmują specjaliści z Ośrodka Badań nad Migracjami Uniwersytetu Warszawskiego. Szybkie starzenie się społeczeństwa i rosnąca emigracja młodych sprawią, że nawet podniesienie wieku emerytalnego do 67. roku życia nie pomoże nam załatać dziury, jaka powstanie na rynku pracy.

Czytając raport „Założenia polityki ludnościowej 2012” przygotowany przez Rządową Radę Ludnościową, można sobie wyobrazić, że za niespełna 23 lata Polska będzie przypominać wielki oddział geriatrii. Na ulicach specjalne pasy dla wózków inwalidzkich, supermarkety ze sprzętem rehabilitacyjnym, miejscy ratownicy gotowi natychmiast udzielić pomocy słabnącym starcom. Z wyliczeń Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że do 2035 roku liczba ludności naszego kraju skurczy się do 35 mln, co czwarty mieszkaniec będzie miał powyżej 65 lat, a co czternasty więcej niż 80 lat. Jeszcze gorzej ma być w 2050 roku. Wtedy, jak prognozuje ONZ, liczba ludności naszego kraju spadnie do 32 mln, z czego połowa będzie już w wieku poprodukcyjnym.

– Nie będzie miał kto ich utrzymać, jeśli do Polski nie przyjadą emigranci z innych krajów, którzy będą tu pracować, płacić podatki, robić zakupy, kupować mieszkania, inwestować w bankach – mówi Krystyna Iglicka, rektor Uczelni Łazarskiego i specjalista od ruchów migracyjnych ludności.

Dziś, gdy bezrobocie w Polsce przekracza 12,6 proc. (dane za maj), wizja otwarcia granic dla emigrantów zarobkowych z Europy Wschodniej, Azji czy Afryki wydaje się mało realna. Może nawet groźna. Ale biorąc pod uwagę, że w Polsce rodzi się coraz mniej dzieci, a średnia długość życia co dekadę wydłuża się o 2 – 3 lata, jest oczywiste, że rosnącą grupą społeczną seniorów ktoś będzie musiał się opiekować i zarabiać na ich emerytury.

Zachód już od dawna ściąga imigrantów

Wiele państw Unii Europejskiej, gdzie proces starzenia społeczeństw zaczął się znacznie wcześniej, już kilka lat temu opracowało programy przyciągania i asymilacji emigrantów. Chodzi zarówno o tych słabiej wyedukowanych, potrzebnych do ciężkich i słabo opłacanych prac fizycznych, jak i tych świetnie wykształconych, którzy mają objąć kluczowe stanowiska w firmach i instytucjach publicznych. Najbardziej proimigracyjną politykę prowadzi Szwecja, która w grudniu 2008 roku zliberalizowała przepisy o zatrudnianiu cudzoziemców. Obecnie pracodawca, który chce tam zatrudnić obcokrajowca, musi spełnić tylko dwa warunki: dać ogłoszenie o pracy oraz zapewnić warunki pracy i płacy odpowiadające szwedzkim standardom. Niemcy czy Holendrzy od lat starają się przyciągnąć emigrantów: najpierw z Włoch i Turcji, a teraz z Polski i innych państw Europy Środkowo-Wschodniej. Kraje te uprościły procedury migracyjne, zrównują zarobki „swoich” i „obcych”, oferują darmowe szkolenia zawodowe i kursy językowe. Długofalową politykę proimigracyjną prowadzą też Australia, Szwecja czy Stany Zjednoczone.

Co prawda kryzys gospodarczy sprawił, że na zachodzie UE pojawiły się też głosy postulujące ograniczenie napływu imigrantów (często głoszone przez wysokiej rangi polityków), bo rzekomo zabierają pracę młodym. Rzeczywistość jednak temu przeczy.

Przedsiębiorcy z Holandii kilka miesięcy temu wystosowali do rządu petycję, w której oszacowali potencjalne straty, jakie ponieśliby, gdyby nie zatrudniali ludzi z Europy Środkowo-Wschodniej. To robotnicy zatrudnieni w szklarniach, na polach czy w zakładach produkcyjnych. – Żaden Holender nie chce przez 8 – 9 godzin pracować np. w fabryce sałatek, gdzie temperatura nie przekracza 10 stopni Celsjusza i trzeba chodzić w kaloszach, bo po podłodze płynie woda – mówi Justyna Darłowska, która pracuje w Holandii już od 4 lat.

O tym, że emigranci wcale nie zabierają miejsc pracy rdzennej ludności, przekonuje też brytyjski ekonomista Mat Cavanagh z Institute of Public Policy Research, który zauważył, że największy spadek zatrudnienia wśród młodych Brytyjczyków nastąpił w latach 2002 – 2003, czyli przed otwarciem rynku pracy i pojawieniem się fali emigracji z nowych państw członkowskich Unii Europejskiej. „A Niemcy, przy wysokim odsetku pracujących tam Polaków i Turków, mają relatywnie wysoki udział osób młodych w rynku pracy” – napisał Covanagh na łamach „New Statesman”.

Polska na razie nie wypracowała żadnego programu, który ma przyciągnąć emigrantów i skłonić ich do legalnej pracy. Nie prowadzi się też na ten temat debaty ani badań. Właśnie dlatego jesteśmy krajem o najniższej w Unii Europejskiej liczbie mieszkających i pracujących legalnie cudzoziemców. Z danych Eurostatu wynika, że stanowią oni nieco ponad 0,1 proc. populacji, podczas gdy średnia dla krajów Unii wynosi 6 proc.

Niemal drugie tyle pracuje w szarej strefie. Tegoroczne szacunki ekspertów Instytutu Spraw Publicznych mówią nawet o 400 – 500 tys. nielegalnych emigrantów głównie z Ukrainy, Białorusi i Wietnamu. Większość zarabia w rolnictwie, budownictwie, gastronomii, jako pomoc domowa, opiekunka dla osób starszych.

– Przyjmują z reguły ciężkie, mało prestiżowe i nisko opłacane zajęcia, których Polacy nie chcą wykonywać – mówi dr Piotr Szukalski, demograf z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Łódzkiego. – Nasi wolą żyć z zasiłku, niż zbierać truskawki czy od piątej rano gotować ryż w budce na bazarze.

Dowód? W Warszawie czy w Poznaniu sprzątaczka Polka, jeśli już taką się znajdzie, chce zarabiać co najmniej 20 – 25 zł za godzinę. Ukrainka bierze 12 – 15 zł, pracuje po 10 – 12 godzin dziennie i miesięcznie ma z tego 3 – 3,5 tys. zł.

Sęk w tym, że polska gospodarka niewiele z tego ma, bo 90 proc. pań z Ukrainy, które sprzątają w polskich domach czy opiekują się naszymi dziećmi, dziadkami i rodzicami, ciuła grosz do grosza, by wysyłać jak najwięcej pieniędzy do własnej rodziny. Tak robią np. Lusia, Gala, Ania i Irina z Ukrainy, które we czwórkę wynajmują małe mieszkanko na warszawskiej Białołęce. Z ich usług korzystają nie tylko zapracowani przedstawiciele klasy średniej, lecz także politycy. Gala opiekuje się matką jednego z obecnych wiceministrów, a Lusia sprząta u znanego posła.

Jeden i drugi powinien być zainteresowany wypracowaniem strategii, która stopniowo zwiększałaby liczbę legalnych emigrantów, pomagała im zasymilować się, co z czasem doprowadziłoby do zwiększenia wpływów budżetowych z płaconych przez nich podatków. Jednak strategia ta, choć w dłuższej perspektywie korzystna dla gospodarki, spotkałaby się z negatywną reakcją części wyborców. Politycy nie są nią więc zainteresowani.