Wszystko przez nową przesłankę, zgodnie z którą prawa tego nie będą miały osoby ponoszące ryzyko gospodarcze związane z wykonywaniem danej pracy.

Problem w tym, jak to rozumieć i jak ustalać, czy ktoś rzeczywiście ponosi takie ryzyko. Eksperci wskazują, że w tym zakresie wiele będzie zależeć od umowy między zlecającym pracę a osobą ją wykonującą. A to rodzi pole do nadużyć. Wiele firm może bowiem nie chcieć, by powstał u nich związek zawodowy lub by istniejący urósł w siłę dzięki przyjęciu nowych członków. I wówczas zapis umowny stanowiący o tym, że dana osoba ponosi wyłączne ryzyko związane z wykonywaniem pracy, będzie prostym sposobem na minimalizację ryzyka nadmiernego uzwiązkowienia w zakładzie pracy. A co z tymi, których umowy będą milczeć na ten temat? Czy pracodawcy będą mogli traktować ten warunek w sposób formalny i założyć, że jeżeli ktoś wykonuje dane zadania w ramach działalności gospodarczej, to jest to wystarczający argument, by uznać, że uprawnienie do zrzeszania się w związku zawodowym mu nie przysługuje? Ci jednak, którym z pewnych powodów większe uzwiązkowienie będzie nie na rękę, będą mieli zgrabny argument, by negować prawo koalicji. Przy czym – na co zwraca uwagę mecenas Piotr Wojciechowski – problem wcale nie ogranicza się tylko do samozatrudnionych. W projekcie ustawy mowa bowiem o ryzyku związanym z wykonywaniem danej pracy, a nie np. z prowadzeniem działalności (zwłaszcza gospodarczej). Odpowiednie zapisy umowne mogą więc przesuwać ciężar ponoszenia takiego ryzyka również na zleceniobiorców i wykonujących umowy o dzieło.

Z samozatrudnionymi i ich prawem do zrzeszania się jest jeszcze jeden problem. Dopuszczając część z nich do związków, sankcjonujemy w ten sposób fikcję bycia przez nich przedsiębiorcami. I wskazujemy, że w naszym kraju taka sytuacja jest w pełni dopuszczalna.

ZAINTERESOWAŁ CIĘ TEN TEMAT? CZYTAJ WIĘCEJ W TYGODNIKU GAZETA PRAWNA >>>