Akademia Sukcesu to wspólna inicjatywa redakcji DGP oraz Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego. W czasie kolejnych spotkań z wybitnymi przedstawicielami świata mediów, polityki i biznesu studenci mogą poznać szerokie spektrum perspektyw związanych z ich zawodową przyszłością.

– Chcemy pokazać, że absolwenci naszego kierunku mogą odnosić znaczące sukcesy na wielu polach, które niekoniecznie są ściśle związane z prawem. Dziś naszym gościem jest właśnie taka osoba – podkreślił na wstępie dziekan WPiA UW Krzysztof Rączka, a następnie oddał głos Bogdanowi Rymanowskiemu, który opowiedział studentom o tym... jak nie został prawnikiem.

Marzenia się spełniają

Jego droga do kariery dziennikarskiej była wyboista, ale zawód ten wymarzył sobie już w dzieciństwie. To właśnie wtedy – na fali piłkarskich sukcesów reprezentacji Polski – zapragnął zostać dziennikarzem sportowym.

– W latach 70. moim wielkim idolem był Jan Ciszewski, który – jak nikt inny – potrafił porwać miliony widzów swoim emocjonalnym komentarzem – wspomina Bogdan Rymanowski.

Nazywa siebie żartobliwie rodowitym hutasem, gdyż pierwsze trzydzieści lat swojego życia spędził właśnie w robotniczej dzielnicy Krakowa. Po ukończeniu szkoły podstawowej trafił – jak sam mówi – do przeciętnego nowohuckiego liceum.

– Gdy po maturze stanąłem przed pierwszą ważną decyzją dotyczącą wyboru studiów, musiałem zastanowić się, czego tak naprawdę chcę, a raczej co potrafię – mówił gość Akademii Sukcesu.

Rymanowski zastanawiał się pomiędzy trzema kierunkami studiów – historią, naukami politycznymi oraz prawem. Historykiem nie został, bo nie wyobrażał sobie siebie w roli nauczyciela. Nie zdecydował się również na nauki polityczne, gdyż w roku 1987 – gdy zdawał maturę – kierunek ten miał wciąż mocno propagandowy i ideologiczny charakter. Wybór padł więc na prawo.

Nie był to jednak wybór zupełnie przypadkowy. Rymanowski wspomina, że do ostatecznej decyzji o rozpoczęciu studiów prawniczych skłoniły go sytuacja polityczna w kraju oraz otoczenie, w którym się wychowywał.

– W dzieciństwie mieszkałem przy ulicy, którą nazywano ZOMO Strasse, ze względu na częste protesty, które odbywały się tam w kolejne rocznice wprowadzenia stanu wojennego. Byłem więc w samym centrum bitwy o wolność. Wówczas naturalnym odruchem zwykłego nowohuckiego licealisty była chęć pomagania ludziom, którzy byli szykanowani, aresztowani i nieuczciwie osądzani. Wydawało mi się, że jako prawnik mógłbym zmieniać rzeczywistość wokół mnie – wspomina Rymanowski.

Wszystko zmieniło się wraz z nadejściem roku 1989, gdy Rymanowski był już na trzecim roku studiów prawniczych na Uniwersytecie Jagiellońskim.

– Nowa rzeczywistość oznaczała nowe perspektywy. Po przemianach politycznych w Polsce otworzyły się szeroko drzwi dla osób, które marzyły o karierze dziennikarskiej, ale niekoniecznie miały ochotę na pracę dla reżimowej telewizji publicznej – wspomina dziennikarz.

Swoją przygodę z dziennikarstwem rozpoczął w 1990 r. w Radiu Kraków. Nie zagrzał tam jednak miejsca zbyt długo, bo już po trzech miesiącach trafił do debiutującego wówczas radia RMF FM. Realizację swojej dziennikarskiej pasji cały czas musiał jednak godzić ze studiami prawniczymi i kolejnymi egzaminami, które nie zawsze kończyły się dla niego pomyślnie.

– Przez pięć lat studiów nie miałem nawet jednych prawdziwych wakacji. Muszą się państwo domyślić dlaczego – żartował Rymanowski.

Dziennikarz wspomina również, że w momencie rozpoczęcia pracy w RMF FM przekroczył swój Rubikon. Dziennikarstwo pochłonęło go bez reszty, a prawo zeszło na drugi, a nawet trzeci plan.

– Moje pierwsze doświadczenia dziennikarskie były tak fantastyczne, że w pewnym momencie kompletnie przestałem myśleć o tym, czy chcę być prawnikiem, prokuratorem czy też sędzią – podkreśla Rymanowski. – Rozpocząłem pracę w radiu, gdzie mogłem rozmawiać z wybitnymi politykami, którzy zmieniali wówczas naszą rzeczywistość – dodaje.

Studia ostatecznie ukończył, choć bardziej z poczucia obowiązku niż prawniczej pasji. Dziś podkreśla jednak, że absolutnie nie żałuje czasu spędzonego na przygotowaniach do kolejnych egzaminów, a wiedza prawnicza daje mu ogromną przewagę nad kolegami po fachu, którzy często nie potrafią wskazać różnicy pomiędzy oskarżonym a osobą, której postawiono zarzuty.

– Prawo daje pewne podstawy, które często okazują się nieocenione w zawodzie dziennikarza. Wiedza na temat państwa, ustroju, procedur prawnych bardzo pomaga mi w dyskusjach, które prowadzę z politykami – podkreśla.

Przyjemne z pożytecznym

– Każdy z nas – również dziennikarz – patrzy na świat przez pryzmat swoich poglądów, doświadczeń i wzorców. Mówienie o dziennikarstwie obiektywnym jest więc mitem i nieosiągalnym ideałem, co wcale nie oznacza, że do tego ideału nie należy dążyć – zaznaczył Rymanowski, zapytany o to, jakie cechy powinny charakteryzować dobrego dziennikarza.

Gość Akademii Sukcesu zdecydowanie większy nacisk kładzie na rzetelność, która – w jego opinii – oznacza przede wszystkim równe traktowanie swojego rozmówcy, bez względu na jego poglądy i polityczne afiliacje.

– Dziś nie można być dziennikarzem apolitycznym, ale wciąż można być dziennikarzem apartyjnym. Prawdziwy rzetelny i uczciwy dziennikarz potrafi przeprowadzić bardzo ostrą i rzeczową rozmowę z przedstawicielem partii, na którą głosuje – zaznaczył Rymanowski.

Autor „Kawy na ławę” zabrał również głos w sprawie oskarżeń o tabloidyzację audycji informacyjnych, które coraz częściej dryfują w kierunku infotainment – gatunku łączącego informację z rozrywką.

– W pogoni za większą oglądalnością w mediach musimy mówić o sprawach, które są czytelne i zrozumiałe dla jak największej liczby osób. Rodzi to pewną niebezpieczną pokusę, aby przekazywać widzom spłycone informacje – podkreśla Rymanowski.

– Cała sztuka polega zaś na tym, aby połączyć przyjemne z pożytecznym, czyli przekazywać wiadomości w sposób dynamiczny i atrakcyjny dla odbiorcy, ale jednocześnie nie odzierać ich z funkcji informacyjnej – dodaje.

Aktor czy polityk

Rymanowski nie ukrywa, że publicystyczne audycje z udziałem polityków są często czymś w rodzaju spektaklu, w którym każdy odgrywa swoją rolę.

– W moim programie zdarzały się już sytuacje, gdy jeden z polityków w ostry sposób atakował swojego oponenta, a następnie w przerwie na reklamy przepraszał go za swoje słowa i tłumaczył, że musiał się tak zachować, bo program ogląda prezes partii – wspomina Rymanowski.

Do „Kawy na ławę” lubi zapraszać polityków medialnych i otwartych na dyskusję. Stara się natomiast unikać funkcjonariuszy partyjnych, którzy – jak podkreśla – nie mają własnego zdania i potrafią operować jedynie oficjalnym przekazem swojej partii.

Gość Akademii Sukcesu zaznaczył również, że w przypadku polityków i polityki takie określenia, jak koleżeństwo, przyjaźń czy solidarność, są często zwykłym pustosłowiem.

– Gdy dziennikarz chce dowiedzieć się czegoś o danym polityku, to w pierwszej kolejności idzie do jego partyjnych kolegów, którzy mają wobec niego więcej niechęci i zawiści niż jego przeciwnicy polityczni – zaznacza Rymanowski.

Jednocześnie przyznaje, że czasami ma już dość polityki, a w przeszłości zdarzały się momenty, w których zastanawiał się nad sensem tego, co robi. Nigdy nie żałuje jednak wyboru, którego dokonał ponad 20 lat temu.

– Praca dziennikarza politycznego opiera się przede wszystkim na gadaniu. Cała sztuka polega na tym, aby to gadanie przyniosło określone efekty. Jeśli moja dociekliwość odsłoni przed widzami coś, co politycy woleliby przed nimi ukryć, to jest to ogromny sukces – podsumowuje Rymanowski.