To nie jest przenośnia, tylko rzeczywiste dokonania osób przyjętych do TVP w ostatnim czasie. Zdjęcie, na którym pokazują palcami, co myślą o demonstrantach pod Sejmem, dziennikarze publicznego kanału informacyjnego Filip Styczyński i Lucjan Ołtarzewski upublicznili na Twitterze. Po krótkim zawieszeniu Styczyński został wydawcą programu publicystycznego w TVP Info, a Ołtarzewski dziennikarzem portalu TVP.info. Przecież nic się nie stało. Nieprawdę o lekarzach rezydentach rzekomo zajadających się kawiorem podpisał swoim nazwiskiem Ziemowit Kossakowski z  TVP.info. Nadawca publiczny rozstał się z nim – na kilka miesięcy. Z kolei najnowszy nabytek TVP.info to twitterowicz Radosław Poszwiński piszący jako „Radosław” (z ikonką polskiej flagi). Zasłynął rok temu, gdy skompromitował lidera Nowoczesnej Ryszarda Petru. Zobaczył na czyimś koncie zdjęcie Petru siedzącego w samolocie z Joanną Schmidt. Zanim tamta osoba wpis skasowała, zrobił screena i puścił go w świat z pytaniem: „Czy to zdjęcie z 31 grudnia, lot do Portugalii?”. „Ja nie mam skrupułów walczyć totalnie z  totalną opozycją” – chwalił się później i nadal niestrudzenie ćwierkał, kąsając opozycję i chwaląc PiS. Publiczne nazwanie oponenta debilem przychodzi mu bez trudu. Teraz w redakcji TVPinfo zajmie się mediami społecznościowymi. Biuro prasowe TVP poproszone o merytoryczne uzasadnienie tej decyzji kadrowej nie odezwało się słowem. Szef portalu Samuel Pereira poinformował „Presserwis”, że to „dobry transfer z Twittera”.

Czy na pewno? Poszwiński ma wprawdzie 10 razy więcej obserwujących ode mnie, ale 15 razy mniej od Rafała Ziemkiewicza i prawie 60 razy mniej od Jarosława Kuźniara. W żadnym razie nie jest więc rekordzistą. Gdy miesiąc temu Klaudiusz Slezak z Polsat News tweetnął, że partia rządząca płaci trollom, Poszwiński odparł: „Nie masz nawet pojęcia, jaka byłaby rzeźnia w sieci, gdyby ktoś mi płacił”. Teraz się przekonamy.

A przecież w TVP powinni już wiedzieć, co potrafi niekompetentny pracownik. Niedawno nadawca publiczny musiał przepraszać za dzieło dziennikarza TVP.info, który tak streścił wywiad ambasador Izraela Anny Azari, że przypisał jej potwierdzenie insynuacji, jakoby polsko-izraelski spór o ustawę o IPN dotyczył też reprywatyzacji. W oficjalnym komunikacie TVP nazwała to „błędem redaktorskim”. Dziennikarz wyleciał z redakcji. Redakcja nie nauczyła się niczego. Błąd trwa. Dziennikarze rzetelnie wykonujący swoją pracę – bo tacy w TVP ciągle jeszcze są – mówią mi, że czują się zażenowani towarzystwem ludzi, którym dawniej nie powierzono by nawet robienia prasówki.

Czas wprowadzić standardy dziennikarskie w  mediach publicznych, powie ktoś. Ba. Standardy są: „Dziennikarz telewizji publicznej służy społeczności widzów, szanując prawdę, dobro wspólne i wolność słowa, dokłada wszelkich starań, by zachować niezależność i bezstronność”. Piękne. Ale dopóki władze TVP będą dobierały kadry, kierując się ich poglądami, a nie profesjonalizmem, zasady etyki pozostaną papierowe. A przecież telewizja, skoro już publiczna, powinna być raczej jak biblioteka, a nie inne miejsca dostępne dla każdego.