Ostrowiec w obwodzie grodzieńskim na Białorusi. Lenin na cokole, stojący tradycyjnie na centralnym placu miasta, wskazuje ręką na pocztę i sklep Wiernisaż. W miasteczku do niedawna mieszkało 8 tys. osób, ale realizowane od kilku lat plany mówią o nowych mieszkaniach dla 10 tys. ludzi.

Wszystko dlatego, że 16 km dalej, na zupełnym odludziu, powstaje elektrownia atomowa BiełAES, którą buduje rosyjski Rosatom. To pierwsza taka siłownia na Białorusi, której energetyka w 95 proc. opiera się na rosyjskim gazie. Stan realizacji prac budowlanych siłowni o łącznej mocy 2400 MW to 89 proc. Byliśmy pierwszymi dziennikarzami, którym udało się odwiedzić miejsce budowy w tak zaawansowanej fazie; trzy dni przed naszą wizytą dojechały generatory reaktora.

Pierwszy blok zacznie tu działać w 2019 r., drugi – rok później. To tylko dwa lata opóźnienia. „Tylko” bez złośliwości; dzisiejsze projekty atomowe zaliczają znacznie większe spóźnienia. Na przykład trzeci blok fińskiej elektrowni Olkiluoto ma ruszyć 10 lat później, niż zakładał biznesplan.

Mieszkańcy spotkani pod pomnikiem Lenina nie chcą nic mówić. – Kiedy opozycyjni Zieloni organizowali na ulicy spotkanie z wyborcami, obchodzono nas szerokim łukiem. Podchodzili do nas w zasadzie jedynie Ukraińcy zatrudnieni na budowie. Ludźmi rządzi strach – mówi DGP Iryna Suchij z organizacji Ekodom, należącej do najważniejszych białoruskich przeciwników budowy.

Strach jest uzasadniony. Gdy współpracujący z Ekodomem fizyk Andriej Ożarowski próbował wejść na spotkanie przedstawicieli władz z mieszkańcami z raportem wytykającym nadużycia przy budowie, trafił na siedem dni do aresztu. A gdy wspólnie z Suchij i Taccianą Nowikawą z Ekodomu planował złożyć w rosyjskiej ambasadzie petycję przeciwko BiełAES, został deportowany do ojczystej Rosji z 10-letnim zakazem wjazdu. Nowikawa usłyszała wyrok 10 dni aresztu, a Suchij skazano jedynie na grzywnę, bo wychowywała niepełnoletnią córkę. Oficjalnie za to, że ta stateczna kobieta w średnim wieku rzekomo używała wulgaryzmów w miejscu publicznym. Na Białorusi to częsty pretekst do karania opozycjonistów, kiedy trudno znaleźć lepszy paragraf.

Droga przez las

O to, by pojechać na budowę BiełAES, staraliśmy się ponad dwa miesiące. Najpierw MSZ nie spieszyło się z naszą akredytacją. Potem naszym wnioskiem zajęła się elektrownia, wreszcie KGB. Zostaliśmy zaproszeni do ostrowieckiego Infocentrum, do którego przyjść może każdy, ale decyzja o tym, że wejdziemy na teren budowy, zapadła dzień przed wizytą. Dotarcie na miejsce było możliwe tylko dlatego, że byliśmy już w Mińsku.

Z nowoczesnego, przygotowanego w zachodnim stylu Infocentrum na plac budowy prowadzi nowa droga. – Tu był las, trzeba było wyciąć 16 km – tłumaczy Eduard Swiryd, który w białoruskim ministerstwie energetyki jest odpowiedzialny za politykę informacyjną dotyczącą BiełAES. – Elektrownia przyciągnie ludzi, miasto będzie większe, więc i infrastruktura musi się rozwijać – przekonuje. W maleńkim Ostrowcu powstało już nowoczesne osiedle ładnych ceglanych bloków z przedszkolem, szkołą i placami zabaw. Dziś mieszkania służą 5 tys. robotników pracujących na budowie. Potem dostanie je 2200 osób personelu elektrowni i ci, którzy mają się sprowadzić w związku z oczekiwanym rozwojem miejscowości.

Drogą przez wyrąbany las jeżdżą dziś do elektrowni pracownicy budowy. Każdego ranka sznurem z miasta do siłowni jedzie ponad 100 autobusów. Równolegle ciężkie materiały transportuje kolej. Ale ani robotnicy, ani pracownicy elektrowni nie będą z niej korzystać, bo nie zbudowano stacji pasażerskich. Zeroemisyjny atom zrekompensuje emisję spalin. Kolej, którą na budowę jeżdżą niezbędne materiały, niechlubnie zapisała się w historii trwającej od 2013 r. inwestycji. Transportowany w ten sposób 330-tonowy korpus reaktora do bloku nr 1 zahaczył o słup trakcyjny.

– Strona białoruska zapewniała nas, że to nic poważnego – mówi DGP Darius Degutis, który w litewskim MSZ odpowiada za koordynację działań zmierzających do storpedowania inwestycji w Ostrowcu. Wilno to główny przeciwnik BiełAES, która jest budowana raptem 40 km od litewskiej stolicy. W słoneczne dni potężne, 167-metrowe kominy chłodni elektrowni widać z tarasu widokowego na wileńskiej wieży telewizyjnej. – Nic takiego się nie stało. Pociąg przejeżdżał przez stację z prędkością 3 km/h. Na słupie tylko pył ściągnął – zapewnia Eduard Swiryd.

O potencjalne uszkodzenie reaktora zapytaliśmy przedstawicieli Rosatomu. – Na jednej ze stacji osłonka reaktora musnęła słup. Sam reaktor nie został nawet dotknięty. Tym niemniej po dotarciu na miejsce został dokładnie zbadany. Analiza wykazała, że nie ma żadnego śladu uszkodzenia i reaktor jest w pełni zdatny do użytku – zapewnia DGP Olga Sołowjowa.

Kolejowy incydent nie był najpoważniejszy w historii budowy. Wieziony reaktor zastąpił poprzednika, który podczas montażu upadł z dźwigu. – Białorusini przez 10 kolejnych miesięcy trzymali go na placu budowy. Tyle czasu zajęła decyzja, by go wymienić. My o sprawie dowiedzieliśmy się z mediów – mówi Degutis. – Ostatecznie Rosatom zabrał go z powrotem, ale nie ma gwarancji, że reaktor nie trafi finalnie choćby do Bangladeszu, gdzie Rosjanie też mają zbudować nuklearną siłownię – spekuluje nasz rozmówca.

– To ukrywanie wypadków to taktyka w stylu czarnobylskim – ocenia dosadnie w rozmowie z DGP Žygimantas Vaičiunas, litewski minister energii. W 1986 r. sowieckie władze przez kilka dni ukrywały wybuch. Na kryzys zaufania wpłynęły też ostatnie doniesienia z Uralu. W ubiegłym tygodniu okazało się, że pod Czelabińskiem w jednym z największych rosyjskich zakładów atomowych doszło we wrześniu do tysiąckrotnych przekroczeń norm izotopu rutenu Ru-106. Rosjanie nikogo nie informowali, dopóki skażenia nie wykryli francuscy naukowcy. Dlatego nasi rozmówcy mówią o wciąż panującym na Białorusi i w Rosji odruchu zamiatania problemów pod dywan.

Reaktor w pierwszym bloku czeka już tylko na odbiory i paliwo. Uran z Rosji przyjedzie tu za rok. 30 października Mińsk przekazał Komisji Europejskiej wyniki testów wytrzymałościowych jednostki. – Nie musieliśmy tego robić, ale zrobiliśmy. Jesteśmy otwarci na współpracę z UE – mówił Biełsatowi szef MSZ Uładzimir Makiej w kuluarach szczytu Partnerstwa Wschodniego w Brukseli.

Radioaktywny wyciek

Reaktor dla drugiego bloku leży na terenie budowy przykryty prowizorycznym daszkiem z blachy. Żadne ściany go nie chronią. Eksperci od atomu, którym pokazujemy zdjęcie, twierdzą, że to niedopuszczalne, bo serce atomówki powinno być lepiej zabezpieczone przed warunkami atmosferycznymi.

Minister Vaičiunas przekonuje, że nadal wierzy, że białoruska siłownia, choć jest na finalnym etapie, wciąż może zostać zablokowana. On i Degutis przywołują przykład Austrii, gdzie zbudowana w latach 70. instalacja wskutek protestów obywateli nigdy nie została uruchomiona. Urzędowy optymizm litewskich dyplomatów studzi Vytis Jurkonis, politolog z Uniwersytetu Wileńskiego. – Szanse na wstrzymanie budowy są minimalne. Ale szanse powstania warszawskiego też takie były. Czasem trzeba coś zrobić, choć wiary w sukces brak – mówi.

Degutis przekonuje, że Litwie nie chodzi o to, że siłownię buduje akurat Rosatom. – Najgorszym problemem tej inwestycji jest jej lokalizacja. Każdy wyciek radioaktywny trafi do Wilii – tłumaczy Degutis. Jeśli założymy, że średnia prędkość nurtu rzeki to 1,2 m/s, woda pitna w litewskiej stolicy może zostać skażona w ciągu kilkunastu godzin od wypadku. A biorąc pod uwagę skłonność do ukrywania awarii, Wilno może się o tym dowiedzieć po fakcie. Białorusini odbijają piłeczkę, wskazując, że w Europie np. słoweńska atomówka Krško leży 39 km od stolicy Chorwacji. Z kolei belgijska Doel znajduje się 16 km od dużego miasta – Antwerpii. Tyle że obie wspomniane jednostki powstały przed katastrofą w Fukushimie, gdzie w 2011 r. w wyniku trzęsienia ziemi doszło do tsunami, które zniszczyło tamtejszy reaktor. Po tym wypadku Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej (MAEA) zarekomendowała budowę elektrowni atomowych w odległości przynajmniej 100 km od dużych miast.

Także dlatego Litwa mówi „nie” dla Ostrowca. – Gdybyście budowali taką elektrownię w Suwałkach, też moglibyśmy mieć wątpliwości. Ale nasze rządy przynajmniej by współpracowały, żeby ocenić ryzyko. Problemem jest autorytarna istota reżimu w Mińsku i mentalność władz, których pierwszą reakcją na problem jest jego zamiatanie pod dywan – wskazuje Vytis Jurkonis.

W 1993 r. na zamówienie ówczesnego szefa państwa Stanisłaua Szuszkiewicza białoruscy naukowcy przeanalizowali ponad 70 lokalizacji pod kątem ich przydatności do budowy elektrowni jądrowej. Szuszkiewicz, wybitny specjalista w zakresie fizyki jądrowej, był entuzjastą takiej inwestycji. W raporcie sprzed niemal ćwierć wieku, do którego dotarliśmy, budowa w Ostrowcu została opisana jako „niedopuszczalna”. W tym rejonie od 1616 r. doszło do niemal 40 trzęsień ziemi, przy czym dwa ostatnie (każde po 2,5 stopnia w skali Richtera) miały miejsce w 1987 r.

– Proszę nam wierzyć, że po Czarnobylu Białoruś, nad którą napłynęło 70 proc. radioaktywnego pyłu, jest obok Ukrainy krajem, w którym najbardziej na świecie przykładamy wagę do bezpieczeństwa jądrowego. Robimy wszystko, by BiełAES była w pełni bezpieczna – zapewnia w rozmowie z DGP Maryja Hiermienczuk, wiceszefowa Hidromietu, urzędu odpowiadającego m.in. za monitoring zagrożeń radiologicznych. – Spośród 74 punktów wytypowaliśmy trzy najlepsze. Jednak okolice Witebska i Mohylewa odpadły ze względu na złoża kredy zalegające od 45 m w głąb ziemi, co stanowiłoby zagrożenie dla stabilności budowli – tłumaczy nam Nadzieja Zdaniewicz z ministerstwa przyrody.

– Świetnie współpracuje nam się z litewskimi specjalistami w ramach likwidacji ich elektrowni atomowej w Ignalinie. Po co mielibyśmy coś przed nimi ukrywać? – pyta Maryja Hiermienczuk. Litwini przekonują, że Białoruś złamała konwencje z Espoo i Aarhus, zobowiązujące m.in. do transgranicznego konsultowania podobnych inwestycji oraz nieprześladowania aktywistów sprzeciwiających się im. Specjalne misje MAEA, które mogą oceniać różne aspekty budowy elektrowni atomowych, zostały zaproszone do przeanalizowania tylko dwóch z sześciu aspektów budowy Ostrowca, niezwiązanych akurat z najważniejszymi zastrzeżeniami Wilna.

Pytania rodzi też kwestia składowania odpadów jądrowych. W Mińsku nikt nie był w stanie nam powiedzieć, co się z nimi stanie. – Zgodnie z białorusko-rosyjską umową z 2012 r. zużyte paliwo będzie przewożone do Rosji do przeróbki – mówi Olga Sołowjowa z Rosatomu. Ale nie odpowiada na pytanie, czy pozostałe po tym procesie odpady nie będą wracać na Białoruś. – Rosyjskie prawo zakazuje importu odpadów radioaktywnych – wskazuje Iryna Suchij.

I dodaje, że problemem jest też korytarz powietrzny dla samolotów podchodzących do lądowania na lotnisku w Wilnie. Swiryd przekonuje jednak, że niebo nad elektrownią będzie zamknięte na obszarze 5 km kw. – Nie demonizowałbym tej kwestii. Prawdopodobieństwo uderzenia przez niesterowany obiekt latający jest żadne. A przez sterowany i tak zawsze będzie, co pokazał 11 września w USA – przypomina Konrad Świrski z Politechniki Warszawskiej.

Embargo na prąd

Białoruś przekonuje, że Litwie brakuje dobrej woli. – Dyplomatom z Wilna, których zaprosiliśmy do Ostrowca, litewskie władze nie pozwoliły przyjechać – skarży się Eduard Swiryd. – Przecież dyplomata nie będzie w stanie na oko ocenić, co jest bezpieczne, a co nie – odpowiada mu litewski wiceminister spraw zagranicznych Albinas Zananavičius. – Do zespołu analiz postprojektowych, który ma badać działanie BiełAES po uruchomieniu, zaprosiliśmy ekspertów państw sąsiednich. Tylko Litwini odmówili – odbija piłeczkę Nadzieja Zdaniewicz. Litwini nie potrafią nam w przekonujący sposób wyjaśnić, dlaczego tak się stało.

Mińsk znalazł jednak sposób, by propagandowo pokazać rzekomy zachwyt sąsiadów. Na spotkaniu pograniczników w marcu Białorusini zabrali kolegów z Litwy na budowę, choć program przewidywał w tym czasie enigmatycznie brzmiący „program kulturalny”. Na miejscu były państwowe media, które pokazały, jak Litwini z zainteresowaniem oglądają ekspozycję Infocentrum w Ostrowcu.

Wilno nie wierzy w zapewnienia Mińska. We wrześniu rząd przyjął plan działań ochronnych. Cel? Sprawić, by BiełAES nie miał ekonomicznego sensu i Mińsk z przyczyn finansowych musiał zamknąć siłownię. Najpóźniej na początku 2019 r. urzędy mają ocenić, co trzeba zrobić, by prąd z Ostrowca nie mógł przepłynąć na terytorium Litwy nawet tranzytem. Zakaz handlu energią z Ostrowca został już zapisany w litewskim prawie. – Liczymy w tej kwestii na poparcie strony polskiej – nie ukrywa Degutis. Plan działań zakłada porozumienie z nami, by Warszawa również zobowiązała się do niekupowania białoruskiej energii.

O tym, że tak się stanie, wiosną zapewnił Piotr Naimski, pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej. W sierpniu to stanowisko podtrzymał szef dyplomacji Witold Waszczykowski. „Polska nie planuje importu energii z Białorusi, w tym z elektrowni jądrowej w Ostrowcu, ani inwestycji infrastrukturalnych na granicy, umożliwiających import energii z tego kierunku. W związku z powyższym, jak i ze względu na zły stan techniczny nieczynnego od lat połączenia Białystok–Roś, strona polska podjęła w 2017 r. decyzję o jego demontażu” – informuje nas MSZ. Nieoficjalnie wiemy, że decyzja zapadła m.in. ze względu na BiełAES.

Białoruś podejmowała decyzję o budowie BiełAES z myślą o eksporcie energii na rynki bałtyckie i skandynawskie. – Nam ta inwestycja jest kompletnie niepotrzebna. Jeszcze w 2007 r. mogła się taka wydawać, ale wtedy rozwijaliśmy się w tempie 11 proc. rocznie i w podobny sposób rosło zużycie energii. Przy obecnej stagnacji to nie ma sensu – jest przekonany politolog z Mińska Dzianis Mieljancou. Na eksportowe zamysły, jak mówił nam Daivis Virbickas, dyrektor generalny operatora litewskich sieci Litgrid, wskazuje umiejscowienie siłowni pod litewską granicą i białoruskie inwestycje w sieci elektroenergetyczne.

Ale ponieważ Litwa i Polska zadeklarowały, że nie chcą słyszeć o białoruskim prądzie, Mińsk zmienił dyskurs. – Budujemy tę siłownie dla siebie, a nie dla innych. Dzięki temu będziemy mogli zamknąć najbardziej przestarzałe elektrownie gazowe. I zdywersyfikujemy źródła energii – tłumaczy Eduard Swiryd. – Przecież uran będzie pochodził z Rosji, tak jak zużywany przez nich gaz. Ta rzekoma dywersyfikacja jeszcze bardziej uzależni ich od Kremla – kręci głową Vytis Jurkonis. 

Podczas transportu 330-tonowy korpus reaktora zahaczył o słup trakcyjny