Część zabiega o jak najwyższe wyniki, aby zwiększyć swoje szanse w rekrutacji na wymarzone studia. Jednak coraz więcej z nich zaczyna zadawać sobie pytanie, czy warto. I większość udziela negatywnej odpowiedzi. Spada liczba osób, które po egzaminie dojrzałości decydują się na naukę w szkole wyższej. Na razie liczba zainteresowanych zmalała o kilka procent, ale ten negatywny trend dla szkół wyższych zdaje się nasilać. Obecnie na naukę w nich decyduje się niespełna 40 proc. maturzystów.

Uczelnie robią wiele, aby zachęcić do podjęcia nauki na wyższym poziomie. Zaskakują coraz to nowszymi kierunkami i specjalnościami. Dla każdego coś się znajdzie. Prześcigają się w wymyślaniu fakultetów. Chętnie wykształcą ekspertów od zielarstwa czy psychologów transportu. Oferują nie tylko kierunki, lecz także dodatkowe stypendia i wiele pozaprogramowych atrakcji w trakcie kształcenia. Rekrutacja na studia przypomina przedwyborcze starcie. Hitem naboru sprzed kilku lat było hasło mające na celu zachęcenie do wyboru kierunku bezpieczeństwo narodowe na jednej z prywatnych uczelni: „Absolwenci nadejdą jutro – wstrząsający i niezmieszani”, które nawiązywało do filmów o Jamesie Bondzie. Z kolei jedna z politechnik zachęcała dziewczyny do wyboru kierunków ścisłych hasłem: „Znajdź swoją miłość, znajdź swoją przyszłość”.

Uczelnie obiecują wszystko, aby tylko złowić jak najwięcej kandydatów. Potem jednak obietnice złożone w trakcie rekrutacji często okazują się gruszkami na wierzbie. A student dowiaduje się, że za to, co miało być dla niego darmowe, musi zapłacić. Szkoły domagają się opłat za prowadzenie monitoringu karier zawodowych czy skorzystanie z zajęć poza programem. Często nie przeszkadzają im w tym przepisy, które otwierają kolejne furtki do wprowadzania dodatkowych płatności. Po maturze zatem dobrze nie tylko zdecydować, czy w ogóle iść na studia, ale również sprawdzić uczelnię.