818 szkół, czyli prawie 8 proc. skontrolowanych w ubiegłym roku przez Główny Inspektorat Sanitarny, w ogóle nie jest przygotowanych na prowadzenie zajęć wychowania fizycznego. Wielu rodziców zna ten problem z relacji swoich dzieci.

Dopóki jest ciepło, dzieci mają zajęcia na boisku, kiedy pada deszcz, lekcji WF nie ma, bo brakuje sal. W czwartki, kiedy gimnastykę zaplanowano na ostatniej lekcji, najczęściej lekcja się nie odbywa. Maluchy idą na świetlicę, skąd panie zabierają je na zabawę na świeżym powietrzu, niezależnie od pogody. Tak w skrócie wygląda WF w najmłodszych klasach jednej z warszawskich podstawówek, a właściwie nie wygląda, bo standardem jest, że kiedy pogoda nie dopisuje, zamiast WF są zajęcia plastyczne albo teatralne. Tak się dzieje, mimo że szkoła ma duże zaplecze sportowe: dwie sale gimnastyczne oraz świetnie przygotowane boisko z bieżnią, kilkoma miejscami do grania w piłkę nożną oraz placem do koszykówki. Gdzie leży problem? Jeden z powodów to większa liczba uczniów. W związku z obniżeniem wieku szkolnego do podstawówek poszło ponad 200 tys. dzieci więcej. W niektórych szkołach w klasach pierwszych jest nawet dwa razy więcej uczniów niż przed rokiem.

W warszawskim zespole gimnazjum i liceum czy w podstawówce nr 16 w Bytomiu problem jest jeszcze inny – boisko jest dopiero budowane. Uczniowie w ciepłe dni wychodzą na zajęcia ruchowe do parku. – Korzystaliśmy też z boiska, które znajduje się przy sąsiedniej szkole. Trzeba było jednak dzieci przeprowadzić przez ruchliwą ulicę, co stanowiło duży problem – tłumaczy dyrektor bytomskiej placówki.

Warszawskie gimnazjum radzi sobie z problemem, organizując lekcje WF na korytarzach. Uczniowie grają w tenisa stołowego. Żaden to komfort dla nich, a wielki kłopot dla nauczycieli prowadzących zajęcia z innych przedmiotów w klasach obok. Miejsca na uprawianie sportu brakuje, mimo że placówka ma dwie sale gimnastyczne i siłownię. Trudno jednak zorganizować inaczej zajęcia, jeżeli w planie jest 116 lekcji WF tygodniowo.

Niektóre placówki do takiej liczby zajęć nie są przygotowane. W gdańskiej szkole podstawowej nr 86 poradzono sobie tak, że sala gimnastyczna została podzielona na trzy części, w ten sposób, żeby kilka klas mogło mieć zajęcia razem. – Wykorzystujemy też salę przeznaczoną do zajęć korekcyjnych, a gdy jest ciepło – boisko – mówi dyrektor Alicja Domozych.

Jednak nie wszystkie szkoły mają takie możliwości. W dwójce w Golubiu-Dobrzyniu jest tylko niepełnowymiarowe boisko do koszykówki. Dyrekcja weszła w układ ze spółdzielnią mieszkaniową, która dysponuje obiektem, gdzie można grać w piłkę nożną.

Z kontroli przeprowadzanych przez GIS wynika, że 705 szkół w ogóle nie ma boiska. Z prawie 30 tys. skontrolowanych w 2013 r. placówek optymalne warunki do prowadzenia WF, to znaczy pełne zaplecze sportowe: sale sportowe, boisko, przebieralnie, prysznice, gabinet wychowania fizycznego czy miejsce do przechowywaniu sprzętu, ma 6,7 tys. szkół. W ponad tysiącu jest tylko boisko, w ok. 600 nie ma ani sali, ani boiska.

Specjaliści z GIS skontrolowali również sposób użytkowania sportowego zaplecza sanitarnego. Okazało się, że jedynie w 250 placówkach uczniowie korzystają z prysznica po każdych zajęciach wychowania fizycznego. W 1242 szkołach natryski są używane sporadycznie, w 1660 nie używa się ich wcale, a w 145 są nieczynne, co jest spowodowane np. ich stanem technicznym. Nauczyciele tłumaczą to przede wszystkim brakiem czasu: o ile WF nie jest na ostatniej lekcji, dzieci spieszą się na kolejne zajęcia.

Nauczyciele przyznają, że problem z zajęciami to nie tyle kłopot techniczny, ile także brak chęci uczniów. Szczególnie widoczny problem zaczyna się w gimnazjum i w liceum. Te wyniki potwierdzały niedawne badania NIK (z grudnia 2013 roku). Pokazały one, że absencja uczniów na lekcjach WF w szkołach ponadgimnazjalnych dotyczyła nawet 30 proc. uczniów. NIK potwierdził też, że w 20 proc. skontrolowanych przez nich placówek nie było zapewnione bezpieczeństwo: zły stan techniczny budynków, brak atestów i certyfikatów sprzętu.

Z kontroli GIS wynika, że 705 szkół w ogóle nie ma boiska

Programów jest mnóstwo, na efekty jeszcze czekamy

Poprawę sytuacji miały przynieść działania zarówno na poziomie rządowym, jak i samorządowym. Z jednej strony pięć lat temu wprowadzono zmiany w podstawie programowej wychowania fizycznego. Wprowadzono jednolite standardy, oprócz tego w skład przedmiotu weszła edukacja zdrowotna, pojawiła się także możliwość bardziej autorskiego prowadzenia zajęć. Kluczowy miał stać się efekt nauczania. Jednak zdaniem kontrolerów NIK resort edukacji nie przygotował w wystarczającym stopniu do reformy 52 tys. nauczycieli.

W ramach współpracy międzyresortowej powstał również Narodowy Program Zdrowia na lata 2007–2015 jako narzędzie walki z otyłością oraz promocji sportu. Biorą w nim udział różne ministerstwa. Np. resort sportu i turystyki prowadzi pięć projektów: Mały mistrz (atrakcyjny WF w klasach I–III), Umiem pływać (powszechna nauka pływania), MultiSport (wymiana dobrych praktyk dotyczących lekcji WF), Stop zwolnieniom z WF (kampania społeczna propagująca uczestnictwo w lekcjach). Ma to kosztować 102 mln zł.

Również samorządy prowadzą własne działania, propagując wychowanie fizyczne. Chociażby korzystając ze środków unijnych na dodatkowe lekcje wychowania fizycznego.

Efektów na razie nie widać. Jedyne realne dane to takie, że rosną wskaźniki otyłości. Według Instytutu Żywienia w latach 1971–2006 odsetek dzieci z nadwagą wzrósł dwukrotnie, w 2013 r., kiedy przeprowadzono badanie jeszcze raz, okazało się, że sytuacja jest jeszcze gorsza. Nieprawidłowa masa ciała to problem 28 proc. chłopców i 22 proc. dziewcząt.