W rządzie trwają prace nad projektem nowelizacji ustawy o zmianie ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym (Dz.U. z 2018 r. poz. 1115 ze zm.). Jedną z zapowiadanych zmian jest wprowadzenie odrębnego rodzaju zespołów ratownictwa medycznego (ZRM) w postaci motocykli ratunkowych. Będą one stanowiły jeden z elementów systemu i - co istotniejsze - będą osobno finansowane w ramach umów z NFZ (w założeniach projektu autorzy wskazują, że wskaźnik kosztów 12-godzinnego utrzymania motocyklowej jednostki ratowniczej wyniesie 0,3 kosztów całodobowego utrzymania zespołu podstawowego).
Ja zauważa dr Jarosław Madowicz, prezes Polskiego Towarzystwa Ratowników Medycznych, obecnie zespoły motocyklowe funkcjonują w niektórych miastach, choć nieformalnie. - Stąd uważam, że włączenie ich do systemu to pozytywna zmiana. Zwłaszcza biorąc pod uwagę przeznaczenie na ich utrzymanie konkretnych kwot, a nie - jak miało to miejsce do tej pory - konieczności uwzględnienia kosztów ich pracy w tzw. dobokaretce - mówi.
Jak udało się nam ustalić, obecnie w systemie działa ok. 20 motocykli ratunkowych w dwóch formułach. Pierwszą z nich są pojazdy będące własnością stacji pogotowia. W tym wariancie są one finansowane albo bezpośrednio ze środków wojewody (wtedy mogą jeździć samodzielnie jako jednostki dodatkowe), albo z kontraktów z NFZ - i wtedy są częścią zespołu specjalistycznego, występując jako zespół razem z karetką. To ostatnie rozwiązanie stosuje się najczęściej - zwłaszcza w miejscach, w których motocykle ratunkowe są już od lat - głównie ze względów finansowych. Drugi wariant to głównie motocyklowe karetki działające w ramach organizacji społecznych, ochotniczych straży pożarnych itp., które są dysponowane bezpośrednio z ramienia wojewody i funkcjonują na podstawie wpisu do rejestru prowadzonego przez niego. - W takim przypadku np. nasze motoambulanse (a jest ich obecnie 13) są dysponowane do wezwań jako tzw. jednostki współpracujące, działające w ramach wolontariatu - podkreśla Emilia Ornat, prezeska Fundacji Ratownictwo Motocyklowe Polska.
Reklama

Jeden ratownik nie czyni zespołu

Obecnie motocykle ratunkowe mają ściśle określone pole działania. Jak podkreśla Jarosław Madowicz, zamysł jest taki, by pomoc motocyklowa dotarła jak najszybciej i zabezpieczyła pacjenta do czasu przybycia ambulansu bądź Lotniczego Pogotowia Ratunkowego.

Reklama
- Naszym głównym działaniem jest udzielanie kwalifikowanej pierwszej pomocy, czyli niejako przygotowanie pacjenta do przejęcia go przez karetkę, bo do prowadzenia medycznych czynności ratunkowych jest uprawniony wyłącznie zespół ratownictwa. A jeszcze nie znalazłam interpretacji, zgodnie z którą pojedynczego ratownika można byłoby za niego uznać - podkreśla Emilia Ornat.
Tymczasem, zgodnie z zapowiadanymi zmianami, ratownik na motocyklu miałby być uprawniony do medycznych czynności ratunkowych. - Mam nadzieję, że to tylko nieprecyzyjne sformułowanie. Nadanie pojedynczym ratownikom uprawnienia do wykonywania medycznych czynności ratunkowych może doprowadzić do bardzo niebezpiecznego wyjątku, bo co będzie stało na przeszkodzie, by wszyscy ratownicy medyczni w Polsce zaczęli nagle jeździć jednoosobowo do wezwań? Co z jakością wykonywanych czynności, skoro większość medycznych czynności ratunkowych wymaga czterech rąk? - zastanawia się ekspertka.
Tym bardziej, że - jak wskazują nasi rozmówcy - wraz z rozszerzeniem medycznych czynności ratunkowych na ratowników jeżdżących na motocyklach pojawiłyby się również inne problemy. Chodzi m.in. o przechowywanie leków w kufrze pojazdu. - Temperatura tam czasem dochodzi nawet do 60 st. C. Opatrunki i sprzęt do udzielenia kwalifikowanej pierwszej pomocy się nie zepsują, z lekami może być różnie - podkreśla Emilia Ornat.

Za mało czy wystarczająco?

Projekt zakłada utworzenie jednej motocyklowej jednostki ratowniczej na każde 400 tys. mieszkańców województwa. - Ze względu na zaproponowaną wielkość należy ten mechanizm traktować jak quasi program pilotażowy i po pierwszym sezonie sprawdzić, czy rozwiązania zdały egzamin - podkreśla dr Madowicz.
Nasi rozmówcy są sceptyczni wobec odgórnego narzucania liczby zespołów motocyklowych. Ich zdaniem to dyspozytornie, na podstawie swoich danych, powinny określić zapotrzebowanie na takie jednostki. - Pozostaje również kwestia np. atrakcyjnych turystycznie rejonów Polski, gdzie w sezonie urlopowym mamy zdecydowanie więcej potencjalnych pacjentów. Tam, w tym okresie, dodatkowy motocykl mógłby się przydać, ale turyści nie wliczają się do liczby mieszkańców - zwraca uwagę Emilia Ornat.
Jak wskazują autorzy projektu, ratownik na motocyklu ma docierać do pacjentów w miejscach, gdzie ambulansowi ciężko się dostać, np. podczas godzin szczytu w miastach czy dużych zgromadzeń. Tymczasem z rozmów z ekspertami wynika, że motocykle są równie pomocne w przypadku autostrad czy terenów słabo zaludnionych, gdzie stacje postoju karetek są rozlokowane na tyle daleko, że czasy obsługi wezwań są bardzo długie.
- Moim zdaniem motocykle sprawdzają się w każdym miejscu, bo porządkują łańcuch udzielania pomocy. Przede wszystkim mamy szybki i profesjonalny rekonesans, dzięki czemu nie musimy opierać się na informacjach pochodzących od dyspozytorów i osób zawiadamiających. Tym samym mamy nawet 30 proc. mniej wyjazdów karetek, bo motocykl jest w stanie stosunkowo szybko „odsiać” wezwania, które nie wymagają interwencji. Z drugiej strony - jeśli mamy do czynienia z wypadkiem masowym, to od razu posiadamy informację o stanie poszkodowanych i osobę, która może zarządzać udzielaniem pomocy na miejscu, co pozwala lepiej ją zorganizować - podsumowuje Emilia Ornat. ©℗
Motocyklowi ratownicy / Dziennik Gazeta Prawna - wydanie cyfrowe