Maciej Miłkowski, wiceminister zdrowia / Materiały prasowe
Limit wydatków na leki, które miałby pokrywać pacjent, to 400 zł rocznie. Resztę dopłacałoby państwo - taka propozycja pojawiła się w przestrzeni publicznej, którą ostatnio opisywaliśmy w DGP. To opcja, która wchodzi w grę?
To rozwiązanie przedstawione w jednym z raportów. Taki projekt był również prezentowany przez ekspertów podczas debaty w Senacie na temat systemu refundacji. Ale na dziś takie zmiany nie są przygotowywane. Oczywiście nie można tego wykluczyć w przyszłości - istotne modyfikacje są często wprowadzane na różnym etapie prac.
Reklama
Dane pokazują, że Polacy płacą więcej za leki niż obywatele innych państw.
Te analizy nie biorą pod uwagę tego, że bardzo dużo leków, w tym najdroższych, jest bezpłatnie wydawanych w szpitalach lub poradniach. Chodzi m.in. o leki onkologiczne, reumatologiczne, na stwardnienie rozsiane. One są dostępne dla chorych w ramach programów lekowych i chemioterapii. Ich liczba z roku na rok rośnie. Tylko od lipca będą nowości w 19 wskazaniach w programach lekowych i jedno bardzo istotne w refundacji aptecznej.

Reklama
Ale to tylko część leków.
Owszem, w aptece chorzy muszą współpłacić za leki przepisywane na receptę - płacą 100 proc. za leki nierefundowane oraz 50 proc. albo 30 proc. ceny. Jest również opłata ryczałtowa, czyli 3,2 zł. I oczywiście są dwie grupy pacjentów o szczególnych uprawnieniach, czyli pacjenci powyżej 75. roku życia oraz kobiety w ciąży - tu obowiązuje specjalny zestaw leków bezpłatnych. Poza tym Polacy wydają bardzo dużo na leki OTC, czyli te, które nie są wydawane z przepisu lekarza i nie są refundowane. I owszem - część zalecają medycy, ale wiele to jednak wydatki na własne życzenie. Tak jak kupowanie suplementów diety. Polacy kupują ich ilościowo więcej niż w innych krajach unijnych.
Ale też państwo wydaje niewiele na leki. Zgodnie z przepisami: moglibyśmy wydawać na ten cel 17 proc. z całego budżetu NFZ na leczenie. Ale nie robimy tego. Dlaczego? Nie ma takich potrzeb?
Bo leki są tylko jednym z elementów leczenia. Pacjenci oczekują również szybkiego dostępu do specjalisty, do szpitala czy do rehabilitacji. Oczekują szybko i trafnie postawionej diagnozy. A pieniądze pochodzą z tego samego worka: musimy wybrać, na co stawiamy. Im więcej przeznaczymy na leki - tym mniej pieniędzy będzie na inne świadczenia. Jeżeli byśmy stwierdzili, że nie ma kolejek, wszyscy są leczeni planowo, dokładnie z wytycznymi - proszę bardzo, całą resztę pieniędzy wydajemy na leki. Ale nie w takiej sytuacji, jaką mamy.
Jednak ktoś wyliczył, że 17 proc. jest racjonalną kwotą i została wpisana do ustawy.
Ten odsetek powstał na bazie różnych wyliczeń, również na podstawie tego, ile inne państwa wydają na produkty lecznicze. I tak to przyjęliśmy. Faktycznie tak było w 2012 r., kiedy przepisy weszły w życie. Teraz wydajemy mniej. Ale należy pamiętać, że wtedy choćby wydatki na wynagrodzenia dla pracowników medycznych nie pochłaniały aż tak dużej części budżetu na leczenie i naprawdę bardzo istotnie odbiegały od wynagrodzeń płaconych w innych częściach Europy. W przypadku leków tak dużych różnic cenowych pomiędzy państwami nigdy nie mieliśmy.
Czyli jest mniej na leki, bo dajemy więcej na pensje dla pracowników medycznych?
Tak też można na to spojrzeć. Ale z drugiej strony podwyżki dla personelu, zaangażowanego w realizację świadczeń zdrowotnych, mają sens, bo wycena świadczeń bardzo często nie uwzględniała ludzkiej pracy. Teraz to zmieniamy dzięki ustawie o minimalnym wynagrodzeniu w ochronie zdrowia, która czeka na ostateczne przyjęcie przez Sejm. Ale nie działamy w próżni: to powoduje, że jest mniejszy procentowy udział pieniędzy m.in. na leki. Więc udział wydatków na nie spada, ale i tak nominalnie zawsze wydatki są corocznie znacząco wyższe.
Problemem jest też dostęp do drogich terapii. Dodatkowo Ministerstwo Zdrowia chce to radykalnie ograniczyć. Był pomysł ustalania maksymalnych cen na leki - jeżeli byłaby wyższa, producent nie miałby nawet prawa brać udziału w negocjacjach z ministerstwem, żeby dopuścić lek do sprzedaży.
Tak - maksimum to będzie sześciokrotność PKB per capita (w 2020 r. według GUS wyniosło ono 60,6 tys. zł) za rok życia pacjenta w dobrej jakości, przedłużonego dzięki tej terapii. Dotyczy to aktualnie tylko siedmiu leków. Ale będzie ich mniej po pozytywnych negocjacjach cenowych.
To jaka kwota jest do przyjęcia? Pan mówi o konkretnym ludzkim życiu. Ile jest warte?
Maksymalne kwoty, które staramy się przyjmować, to pół miliona rocznie na terapie przewlekłe. Jeżeli leczenie trwa 30-40 lat, to robi się z tego łącznie kilkadziesiąt milionów złotych na jednego pacjenta. I jest bardzo wiele osób w Polsce, których koszt leczenia przekracza 20 mln zł za ostatnie kilkanaście lat (dobrą statystykę mamy od roku 2008).
Ale to oznacza, że najdroższe leki w ogóle nie będą dostępne dla pacjentów?
Proszę inaczej na to spojrzeć: będziemy mieli większą dostępność do leków w innych chorobach. Jak będziemy dopuszczać droższe leki, to możemy zapomnieć o refundacji na rynku aptecznym, leczeniu chorób kardiologicznych czy onkologicznych, bo skupimy się tylko na lekach na choroby ultrarzadkie. I będziemy mieli dobre leczenie dla 2 tys. osób, ale żadne dla pozostałych 38 mln. To kwestia umowy społecznej. A jeśli firmie będzie zależeć, to obniży cenę, żeby wejść na polski rynek. Mamy wiele możliwości negocjowania cen.
A może należałoby brać na to pieniądze z zupełnie innego źródła? Żeby nie odbywało się to kosztem czegoś innego i żeby nie było takiego szantażu emocjonalnego - że albo to, albo inaczej zabraknie np. na pensje dla pracowników medycznych…
Nie mamy innego źródła. Zawsze będzie kosztem czegoś. Pieniądze na leczenie chorób rzadkich pochodzą z budżetu państwa, czyli podatków i składek.
Mamy system finansowania drogich, nietypowych terapii, czyli ratunkowy dostęp do technologii lekowych. Paradoks jest taki, że nie jest w pełni wykorzystywany, a to już nie jest kosztem pieniędzy na inne zdrowotne potrzeby. Nie potrzebujemy leków? Ciągle natrafiamy na prywatne zbiórki na leki…
To nie jest takie proste. Na przykład leki finansowane z Funduszu Medycznego w ramach środków przeznaczonych na technologie innowacyjne - czyli zupełnie nowe - są najpierw finansowane w tym trybie i jeżeli się sprawdzają, ostatecznie przechodzą na zwykłą ścieżkę refundacji. Jak sfinansujemy za drogie leki, to nie będziemy mogli potem zapłacić za kolejne. Musimy więc działać przewidująco, żeby nie obciążyć później za mocno budżetu. Na przykład patrzeć, jakie nowe leki wejdą na rynek, które obniżą ceny dotychczasowych. Ale planujemy różne mechanizmy zmniejszenia kosztów dla pacjentów.
Na przykład?
Maksymalne limity cenowe dla leków nieprodukowanych w naszym kraju na liście aptecznej, przez branże nazwane tunelami cenowymi, które…
…bardzo enigmatyczna nazwa.
Chodzi o maksymalne widełki dla leków, które znajdują się w tej samej grupie limitowej terapeutycznej lub dla tej samej substancji czynnej. Czyli preparatów, które działają identycznie na tę samą chorobę.
Producenci mówią, że to pogorszy sytuację pacjentów. Nie chcą być zmuszani do obniżek i twierdzą, że wolą sprzedawać swoje produkty bez refundacji z ministerstwa. W efekcie chory zapłaci i tak więcej.
Prawda jest taka, że nawet jak nie będą chcieli wejść w system refundacji, to nie będzie to ze stratą dla pacjenta, bo pacjent będzie miał do wyboru z dopłatą płatnika inne leki o tym samym działaniu, ale znacząco niższym współpłaceniem.
Podobne, ale nie dokładnie te same.
Dokładnie te same, tylko innej produkcji i w innym opakowaniu. To argumenty firm - pacjent zawsze kupował lek w zielonym pudełku i chce dokładnie taki sam preparat. To jest szantaż i nie ma na to mojej zgody. Bo w efekcie pacjenci będą płacić więcej, niż ich na to stać. Będą leki o tym samym działaniu, tylko np. w pudełku o innym kolorze. Moim zdaniem chorzy nie powinni płacić więcej, niż muszą.
Czyli znów gra psychologiczna z firmami: albo obniżycie cenę, albo nie wejdziecie na rynek?
Jeżeli chory ma dostępność do innych leków, to nie widzę problemu. Oczywiście planujemy wyłom dla leków produkowanych w Polsce.
Oba rozwiązania - i tunele cenowe, i maksymalna cena - zostają w projekcie ustawy refundacyjnej?
Tak, bo te mechanizmy są korzystne dla chorych.
Drogie leki są dostępne w programach lekowych. Ale przepisy są tak skonstruowane, że firmy mogą blokować wejście nowych preparatów do programu. Jeżeli ma być dopisany jakiś nowy lek, wszyscy inni producenci, których produkty są dopuszczone do danego programu, muszą wyrazić na to zgodę. A nie mają interesu, żeby wpuszczać konkurencję.
Coraz lepiej idą nam negocjacje z firmami, ale to prawda, że na każdą zmianę muszą się zgodzić wszyscy producenci. I to prawda, obecna konstrukcja prawna wymaga tego, żeby każdy producent zgadzał się na dodanie leku kolejnej firmy. I chcemy to zmienić - aby decydować mógł sam minister. Oczywiście tak jak do tej pory zmiany takie będą na wniosek konsultantów krajowych i po opinii Agencji Oceny Technologii Medycznych. Tak samo spytamy się o opinię również producentów wnioskodawców. Ale ostateczna decyzja należeć będzie do ministra zdrowia. Jednak najważniejsze, że nie trzeba będzie również za każdym razem wszczynać postępowania administracyjnego dla każdej z zaangażowanych firm. To tylko niepotrzebna praca administracyjna, którą można spożytkować w kierunku pacjentów.
Takie zapowiedzi były od lat i od lat się to nie zmienia. Co im obiecujecie w zamian za zgodę na wprowadzenie nowego preparatu? Że inne ich leki wejdą na rynek, jak tu się zgodzą?
Nie stosujemy zasady „coś za coś”.
Trudno uwierzyć, że przy rynku wartym 15 mld zł nie ma tego rodzaju negocjacji i chodzi tylko o dobro pacjenta.
Bo przecież chodzi tylko o dobro pacjenta. Nie ma takich negocjacji, choć niewątpliwie, jak firma mnoży przeszkody, to możemy inaczej spoglądać na nią przy wprowadzaniu nowych produktów, przy kontynuacji refundacji. Dla nas staje się ona problematycznym partnerem. Ale ten mechanizm, o którym pani mówi, zmieniamy: jak mówiłem, teraz będzie łatwiej zmienić portfolio leków w programie lekowym skierowanym do jednej grupy chorych - decyzję będzie podejmowało Ministerstwo Zdrowia.
To o co tak naprawdę chodzi w tej walce o pieniądze - o oszczędności dla budżetu czy o dobro pacjentów?
Zawsze ma to działać na korzyść pacjentów. Chcemy wprowadzić jeszcze jedną zmianę. Teraz, żeby lek był refundowany, firma musi się do nas zgłosić i za to zapłacić. Obecnie ministerstwo samo będzie obejmowało refundacją leki, które są popularne. I nie będzie czekać na ruch ze strony producenta. Chcemy, żeby pewne podstawowe preparaty były refundowane w większym stopniu, niż było dotychczas. Ta zasada ma dotyczyć również tych leków, które na naszym rynku są obecne od dawna.
Będziecie analizować rynek i wybierać, które leki refundowane są najczęściej kupowane?
Tak, to jest nowość. Zajmowałaby się tym Agencja Oceny Technologii Medycznej.
Decyzje będą podejmowane na podstawie jakichś konkretnych kryteriów?
Bardziej będzie to związane z wydatkami na leki i popularnością preparatu. Ale nie tworzymy konkretnego mechanizmu.
Będą szczepionki przeciw ospie małpiej?
Tak. Czekamy na rozstrzygnięcie w unijnym przetargu.
Kiedy będzie rozstrzygnięty?
Jeszcze nie mamy informacji. Procedura negocjacyjna została uruchomiona na początku czerwca.
A leki?
Zwrócili się do nas konsultanci krajowy oraz wojewódzcy celem wyrażenia zgody na import docelowy dla szpitali. Wydaliśmy zgodę, ale trwają rozmowy o bezpośrednim zakupie od producenta przez RARS, z powodu problemów z zakupem przez hurtownie ogólnodostępne.
To będą duże zapasy?
Na razie ok. 1 tys. szczepionek. Chcemy mieć otwartą ścieżkę, ale nie wiemy, jakie będą potrzeby.
Rozmawiała Klara Klinger