Prawie co trzecie zapłodnienie in vitro sfinansowane z budżetu państwa zakończyło się sukcesem. Dzięki temu na świat przyszło 827 dzieci. Z wyliczeń DGP wynika, że na leczenie par, które już mają potomstwo, wydano ok. 40 mln zł
TAK DZIAŁA PROGRAM IN VITRO / Dziennik Gazeta Prawna
Igor Radziewicz-Winnicki wiceminister zdrowia odpowiedzialny m.in. za ustawę i program in vitro / Dziennik Gazeta Prawna
Reklama
Jedną z głównych przyczyn zakwalifikowania do rządowego programu jest niepłodność męska. Program zaczął działać dwa i pół roku temu, a Ministerstwo Zdrowia dokonuje właśnie jego oceny.

Reklama
– W kontekście międzynarodowym można ocenić, że efekt jest dobry – przyznaje Waldemar Kuczyński z Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego. Europejskie normy to od 23 do 30 proc. skuteczności. – Pacjentom może się wydawać, że ten odsetek jest niski, bo część prywatnych klinik do tej pory chwaliła się skutecznością na poziomie 50 proc. Przy tym nie podawano metodologii – tłumaczy Anna Krawczak ze stowarzyszenia Nasz Bocian. W przypadku programu rządowego skuteczność była mierzona jako stosunek liczby potwierdzonych ciąż do liczby transferów zarodków.
W przypadku programu in vitro ministerstwo zadowolone jest z niewielkiej liczby zarodków, które należy przechowywać. Do tej pory ich los budził największe kontrowersje, o czym pisaliśmy na łamach DGP. Z danych wynika, że w ramach programu powstało 40,3 tys. zarodków. Część już została wykorzystana do zapłodnienia (ok. 4, 4 tys.), część obumarła, a około 9 tys. jest przechowywanych.
Jak tłumaczy Krawczak, to niewiele. Tym bardziej że po większość zarodków pary będą jeszcze sięgać. Szczególnie te, którym nie powiodło się przy pierwszym podejściu.
Według resortu przyczyną takiego stanu rzeczy jest wprowadzenie ograniczenia w przypadku liczby pobieranych zarodków (do 6 dla kobiet do 35. roku życia). W przypadku starszych i tych, które miały wcześniej kłopoty z utrzymaniem ciąży, jest możliwość stworzenia większej liczby.
Za 31 proc. przyjęć do programu in vitro odpowiadają problemy mężczyzn z bezpłodnością. W 38 proc. powodem są niewyjaśnione przyczyny, za które odpowiedzialni są i mężczyźni, i kobiety.
Okazuje się również, że pacjenci, mimo zagwarantowanej w programie możliwości, nie zmieniali zbyt chętnie miejsca, w którym prowadzili leczenie. Zrobiło to tylko 3 proc. par.
Powodem wyboru placówki nie była również odległość od miejsca zamieszkania. Jak twierdzą eksperci, pacjenci decydują się nawet na migrację za leczeniem, kierując się opiniami innych pacjentów. Ważniejsza okazuje się jakość leczenia, a nie bliskość geograficzna. Liczy się też osoba lekarza. Są przypadki celowego poszukiwania dalej położonych ośrodków. Przyczyną takich zachowań jest potrzeba zachowania w tajemnicy metody poczęcia.
W sumie na program resort zdrowia wydał do tej pory około 80 mln zł. Z tej kwoty 40 mln zł kosztowało leczenie par, którym już urodziło się dziecko. Od lipca tego roku pacjenci zostali również w dużej mierze zwolnieni z wydatków, które przeznaczali na leki (część z nich jest w refundacji).
Pytaniem otwartym pozostaje zabezpieczenie ciągłości programu in vitro. Obecnie jego podstawą prawną jest rozporządzenie, którego obowiązywanie kończy się w 2016 r. O planach na przyszłość nikt na razie nie wspomina.
W konsultacjach jest ustawa, która reguluje zasady diagnostyki i leczenia niepłodności. Proponuje ona wprowadzenie oprócz zakazu handlu m.in. bezwzględny zakaz klonowania człowieka i prowadzenia eksperymentów na ludzkich zarodkach. Od kilku miesięcy trwają konsultacje nad projektem.
ROZMOWA
Program odniósł sukces
Nowe regulacje w sferze in vitro budzą kontrowersje.
Wpłynęło dużo uwag do projektu ustawy regulującej procedury związane z zapłodnieniem pozaustrojowym, dlatego nadal trwa dyskusja nad jego kształtem. Pewne jest, że nie będzie handlu zarodkami. Nie będzie można manipulować materiałem genetycznym, a zarodki będą bezpieczne (m.in. będą przechowywane zgodnie ze standardami).
Kto będzie płacił za przechowywanie zarodków?
Ten, kto ma bank komórek. Ale pamiętajmy, że przechowywanie komórek to koszt świadczenia, więc zapłaci ten, kto będzie płatnikiem. Chcemy, by przepisy ustawy zobowiązały banki do przechowywania zarodków zgodnie ze standardami i do ponoszenia kosztów tego przechowywania. Dziś za przechowywanie zarodków płacą rodzice.
Wprowadziliście też anonimowość dawstwa. Czy realna jest sytuacja, w której ktoś korzysta np. z komórki jajowej siostry?
Wiem, że część osób postuluje, by dawcy nie byli anonimowi. Ale wyroki sądów są jednoznaczne – dawców materiału genetycznego, którzy nie są anonimowi, można obciążyć świadczeniami alimentacyjnymi. W praktyce takie rozwiązanie może uniemożliwić rozwój metody zapłodnienia in vitro.
Może rozwiązaniem byłoby wprowadzenie obu ścieżek: anonimowej i nieanonimowej?
Oczywiście istnieje dawstwo partnerskie. Poza tą jedną sytuacją dziecko ma prawo poznać jedynie miejsce i rok urodzenia dawcy gamety. Inne dane mogą zostać odtajnione tylko w przypadku choroby, potrzeby przeszczepu szpiku itp. – to jedyne podstawy do ujawnienia niektórych informacji na temat dawcy.
Dziwne jest, że lex in vitro powstaje teraz, a program rządowy finansujący zabiegi działa od ponad roku.
Dzięki programowi zdobyliśmy doświadczenie. Poza tym z raportów wynika, że odniósł on sukces. W ośrodkach, które osiągnęły najlepszą skuteczność, więcej niż 30 proc. kobiet urodziło dzieci w pierwszym cyklu. Jest to także efekt tego, że w programie dokładnie określono, kto może wziąć w nim udział. Dzięki programowi w klinikach, które są ich realizatorami, zniknął problem związany ze zbyt dużą liczbą zarodków – została ograniczona do 6, podczas gdy dotąd było ich nawet 20, 30.
Padały zarzuty, że w ramach programu in vitro funkcjonuje dziwny podział geograficzny przy rozmieszczeniu placówek. Czy pacjenci często zmieniali kliniki?
Migracja pacjentów jest naturalnym zjawiskiem przy leczeniu niepłodności. Pacjentom nie zależało na bliskiej lokalizacji kliniki, ale przede wszystkim na jej standardzie. Wybierali te miejsca, które uważali za lepsze, nawet jeśli znajdowały się daleko. Bywa i tak, że pary wybierają kliniki leżące daleko od ich miejsca zamieszkania. Dlatego podczas obu konkursów postawiliśmy na ocenę jakości udzielanych świadczeń, a bliskość geograficzna miała znaczenie na poziomie 10 proc. całościowej oceny.