Dzisiaj ostatnie restrykcje znoszą Duńczycy. Rząd zdecydował się na ten krok, chociaż liczba dziennie wykrywanych zakażeń wirusem SARS-CoV-2 jest najwyższa w historii pandemii (ponad 40 tys.), a w kraju szaleje „kuzyn” Omikrona – nieco bardziej zakaźny wariant BA.2. – Z tego względu może się wydawać, że decyzja o zniesieniu obostrzeń jest dziwna, a nawet paradoksalna – przyznała premier Mette Frederiksen. – Pandemia wciąż jest z nami, ale mam śmiałość twierdzić, że jej krytyczna faza jest już za nami – dodała szefowa rządu.
Skąd takie przekonanie? Odpowiedź kryje się w liczbach. Chociaż zakażeń nad Sundem jest ponad 10-krotnie więcej niż zimą 2020 r. – podczas ostatniej, najgorszej fali – to liczba osób hospitalizowanych z powodu COVID-19 jest mniej więcej taka sama (niecały tysiąc), a zajętych łóżek na oddziałach intensywnej terapii jest mniej o dwie trzecie.
Reklama
– Udało nam się oderwać od siebie te dwie statystyki: liczbę zakażeń i pacjentów wymagających szczególnej troski. Stało się to głównie dzięki wysokiemu odsetkowi osób zaszczepionych. Dlatego jesteśmy teraz bezpieczni i możemy znieść obostrzenia – stwierdził minister zdrowia Magnus Heunicke. W Danii podstawową serię szczepień przeciw COVID-19 przyjęło 82 proc. mieszkańców, a po dawce przypominającej jest 61 proc., co zapewnia krajowi kolejno czwarte i drugie miejsce w Unii Europejskiej (w Polsce odpowiednio 57,5 oraz 27 proc., co plasuje nas na 23. i 20. miejscu).
W ubiegłym tygodniu obostrzenia zniosła także Anglia, wczoraj Szkocja, a w kolejnych dniach dołączą do nich Walia i Irlandia Północna (każda część Królestwa odpowiada za restrykcje na swoim terenie). Nad Tamizą zaobserwowano ten sam fenomen, co w Danii: pomimo gwałtownego uderzenia Omikrona – jeszcze na początku miesiąca w kraju pozytywny wynik testu otrzymywało ok. 200 tys. osób dziennie – sytuacja w służbie zdrowia była stabilna; liczba zajętych łóżek sięgnęła 20 tys., o połowę mniej niż podczas ubiegłorocznej, styczniowej fali wywołanej wariantem Alfa.

Reklama
Obydwie wartości spadają. – Zawdzięczamy to mieszkańcom kraju, którzy przyjęli szczepionki przeciw COVID-19 i poddali się ostatnim restrykcjom – skomentowała Susan Hopkins, szefowa Agencji Bezpieczeństwa Zdrowotnego. Nad Tamizą po dwóch dawkach szczepienia jest 71 proc. populacji, po dawce przypominającej – 54,6 proc. Zarówno tutaj, jak i w Danii w ślad za spadkiem liczby hospitalizacji zmalała również znacząco liczba zgonów. Obecnie z powodu COVID-19 w Zjednoczonym Królestwie umiera ok. 250 osób dziennie (to tygodniowa średnia), wobec 1,2 tys. w styczniu ub.r., a w Danii – niecałe 20 (wobec 30).
Do kolejnej fali pandemii przygotowuje się Francja. Począwszy od jutra, przestaną obowiązywać ograniczenia co do liczby osób mogących przebywać na terenie stadionów i innych obiektów tego typu. Francuzi będą mogli wrócić z domów do biur, chociaż rząd dalej chce zachęcać do telepracy. 16 lutego znów otwarte mają być kluby nocne, a w pubie będzie można wypić piwo, stojąc. Co ważne jednak, przy wejściu do restauracji, barów, teatrów, muzeów i pociągów trzeba będzie okazywać certyfikat covidowy – tyle że do jego uzyskania nie wystarczy już negatywny wynik testu, potrzebne jest szczepienie.
To ostatnie zastrzeżenie jest efektem sytuacji epidemiologicznej w kraju. Ostatnie tygodnie nad Sekwaną to bowiem czas bicia wszelkich rekordów, jeśli idzie o liczbę dziennie wykrywanych zakażeń, która od ponad miesiąca utrzymuje się na poziomie powyżej 200 tys., a raz sięgnęła nawet 500 tys. (poprzedni rekord to niecałe 60 tys.). Wartości te nie przedłożyły się jednak na liczbę hospitalizacji i zgonów w takiej proporcji jak dotychczas. Liczba pacjentów z COVID-19 w szpitalach przekroczyła co prawda ostatnio 30 tys. – podobnie jak w poprzednich falach – ale towarzyszy temu kilkukrotny wzrost zakażeń. Podobnie jest ze zgonami – niecałe 300 osób dziennie (siedmiodniowa średnia) to o połowę mniej niż podczas drugiej fali i o dwie trzecie mniej niż podczas pierwszej.
Mimo rekordowej liczby zakażeń kierunek na znoszenie obostrzeń obrał także rząd Holandii. Od ubiegłego tygodnia do godz. 10 wieczorem mogą być czynne restauracje i bary, chociaż wejście będzie wymagało wylegitymowania się świadectwem szczepienia, potwierdzeniem statusu ozdrowieńca lub negatywnym wynikiem testu. Nocne kluby pozostaną jednak zamknięte, a imprezy masowe nie mogą gromadzić więcej niż 1250 osób. Premier Mark Rutte zdecydował się na poluzowanie obostrzeń przez wzgląd na dużą presję społeczną – zwłaszcza że w połowie miesiąca rząd zezwolił np. na otwarcie siłowni, ale nie knajp i teatrów, co spotkało się z niezadowoleniem przedstawicieli tych branż. Holendrzy znacznie częściej niż mieszkańcy innych krajów wychodzili na ulicę protestować przeciw obostrzeniom nałożonym jeszcze w połowie grudnia dla powstrzymania najnowszej fali zakażeń.
Ale nawet jeśli Rutte stał się zakładnikiem opinii publicznej (chociaż nie naraził się części elektoratu jak prezydent Francji Emmanuel Macron, który na początku miesiąca obiecał „wkurzyć” niezaszczepionych), to w sukurs jego decyzjom także przychodzą pandemiczne statystyki. Chociaż liczba zakażeń jest obecnie kilkukrotnie wyższa niż podczas poprzednich fal, to osób wymagających leczenia w szpitalu jest o połowę mniej. Podobnie w stosunku do zimowej fali zmalała liczba pacjentów na oddziałach intensywnej opieki medycznej.
Opadła fala protestów w Kanadzie, gdzie w weekend doszło do paraliżu Ottawy przez kierowców ciężarówek niezadowolonych z nałożonego na nich obowiązku szczepień. Protestujący zapowiadają, że zostaną w mieście, dopóki rząd nie zmieni przepisów, jednak wczoraj od demonstracji odcięło się największe stowarzyszenie branżowe. W Kanadzie po pełnej rundzie szczepienia przeciw COVID-19 jest 79 proc. mieszkańców.