Reklama
Chodzi o rozporządzenie wprowadzające obowiązek fizykalnego badania w ciągu 48 godzin każdej osoby powyżej 60. roku życia, która przebywa w izolacji w związku z zakażeniem COVID-19.
W społeczności lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej (POZ) zawrzało. Jedni podkreślali, że badanie fizykalne, np. osłuchiwanie wszystkich seniorów, zwłaszcza w drugiej dobie, jest bezcelowe ze względu na specyfikę tej choroby. Inni mówili, że POZ nie ma „mocy przerobowych” i nowy obowiązek uniemożliwi opiekę nad pacjentami z innymi schorzeniami. Jako najbardziej newralgiczny dzień lekarze wskazywali poniedziałek, bo wtedy mogą skupić się wizyty osób testowanych od czwartku do niedzieli.
Narracja rządu wskazywała, że sprostanie wymaganiom zależy wyłącznie od organizacji pracy i dobrej woli lekarzy. Minister zdrowia podkreślał, że chorymi na COVID-19 lekarze mogą zająć się po 18 (przypomnijmy, że POZ co do zasady działa w godz. 8–18).
Jak przychodnie wdrażają nowe obowiązki? Właściwie każdy ma swoje rozwiązanie. Bożena Janicka, prezes Porozumienia Pracodawców Ochrony Zdrowia, prowadząca przychodnię w Wielkopolsce (regionie, w którym jest najmniejszy współczynnik liczby lekarzy w przeliczeniu na liczbę mieszkańców), wskazuje, że z jej perspektywy założeń rozporządzenia po prostu nie da się zrealizować. – Są one nierealne, miejscami niepotrzebne (bo nie każda z tych osób rzeczywiście potrzebuje wizyty) i niebezpieczne. Tym bardziej że obecnie już 14 przychodni z mojego regionu pracuje w okrojonym składzie – podkreśla. Dodaje, że w jej placówce to stan kliniczny, a nie powszechny obowiązek administracyjny decyduje o wizycie bezpośredniej.

Reklama
Zaś Andrzej Zapaśnik, kierownik przychodni BaltiMed w Gdańsku, podkreśla, że tylko stosunkowo młoda populacja pacjentów należąca do jego przychodni pozwala jak na razie na wdrożenie rozwiązań z rozporządzenia – choć i tak konieczne były pewne modyfikacje. – Oczywiście staramy się realizować przepisy, ale w taki sposób, by całkowicie nie sparaliżowały naszej pracy – wskazuje.
Jego przychodnia po otrzymaniu listy nowych zakażonych wyłania z nich tych powyżej 60. roku życia i umawia na wizytę, ale w formie teleporady. – Wynika to z faktu, że po pierwsze – nie wiemy, jaki jest stan kliniczny pacjenta, po drugie – nie wiemy, czy taki pacjent chce w ogóle do nas przyjść – wylicza. – Jeśli pacjent chce odbyć wizytę osobistą bądź widzimy tę konieczność, to jest umawiana na następny dzień, by zachować 48-godzinny termin, w przypadkach nagłych – na ten sam dzień – wyjaśnia.
W innych przypadkach pozostaje podział na godziny covidowe i niecovidowe. Niestety, jak wskazuje Jacek Krajewski, prezes Porozumienia Zielonogórskiego (PZ), uwzględniając czas wizyty przyjęcia pacjenta covidowego, ścisły termin na odbycie wizyty w przypadku osób powyżej 60. roku życia oraz ograniczone możliwości przychodni POZ – odbędzie się to kosztem pozostałych pacjentów.
Pojawia się również wątek zgody pacjenta. Z rozmów z praktykami wynika bowiem, że część osób objętych obowiązkiem odbycia wizyty jej po prostu nie chce ze względu na dobre samopoczucie i łagodne objawy choroby. Tymczasem przepisy są skonstruowane tak, jakby wizyta miała odbyć się bezwarunkowo, niezależnie od tego, czy pacjent się na nią zgadza. – Obecnie respektujemy odmowy, zwłaszcza pacjentów bezobjawowych lub z łagodnym przebiegiem zakażenia, natomiast nie jesteśmy pewni, czy nie będziemy za to karani – komentuje Andrzej Zapaśnik.
Lekarze w zamian proponują dostosowanie przepisów do realiów pracy POZ. Jacek Krajewski proponuje przedłużenie terminu odbycia wizyty na czas dłuższy niż 48 godzin i wprowadzenie zwolnienia z tego obowiązku w przypadku pacjentów skąpo objawowych bądź bezobjawowych. Andrzej Zapaśnik proponuje choćby zapewnienie transportu sanitarnego pacjentów covidowych do przychodni POZ, tak by zoptymalizować pracę lekarzy.
Tomasz Zieliński, wiceprezes PZ, proponuje korzystanie z narzędzi, które się sprawdzają i – w przeciwieństwie do osłuchiwania – podaje istotne informacje z punktu leczenia COVID-19. Mowa o pulsoksymetrach w ramach Domowej Opieki Medycznej. Ekspert podkreśla, że do tej pory tylko 15 proc. pacjentów uruchamiało system i w sposób prawidłowy z niego korzystało. Jego zdaniem zorganizowanie go tak, by np. pielęgniarki były odpowiedzialne za przeszkolenie pacjenta i dopilnowanie, by pomiary były wykonywane prawidłowo, przyniosłoby same korzyści. – Dzięki temu łatwo można byłoby wytypować pacjentów, którzy mają trafić do lekarza lub w skrajnych przypadkach – do szpitala – podkreśla.
Co jednak, jeśli do zmian w przepisach nie dojdzie? Bożena Janicka wskazuje, że jeśli resort nie przychyli się do uwag praktyków, możliwe jest nawet wypowiadanie przez przychodnie umów z NFZ. ©℗