Reklama

"Chcemy podziękować za wzrost wynagrodzeń, dobrze, że one są, ale poszły w sposób +niezręczny+, wywołały niepotrzebne emocje i trzeba rozwiązać kłopot. Jesteśmy otwarci na dyskusje i współpracę z rządem" – powiedział na briefingu prasowym w Okręgowej Izbie Lekarskiej w Krakowie Krzysztof Żochowski, wiceprezes Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych i dyrektor szpitala powiatowego w Garwolinie.

W jego ocenie ostatnie zmiany w ustawie o minimalnym wynagrodzeniu niektórych pracowników podmiotów leczniczych spowodowały podziały i grożą kolejnymi odejściami kadr ze szpitali publicznych.

Dyrektor szpitala im. Stefana Żeromskiego w Krakowie Jerzy Friediger mówił, że ostatnie decyzje o wzroście minimalnego wynagrodzenia wprowadziły „bałagan i destabilizację”; „spowodowały niezadowolenie prawie we wszystkich grupach zawodowych w szpitalu”. „Niezadowolenie to mało powiedzieć, ale bunt. Grozi nam, że w wielu grupach zawodowych powstaną braki kadrowe, które będzie bardzo trudno uzupełnić” – powiedział.

Dla przykładu podał pielęgniarki. Jak mówił, te, które ponad 20 lat temu ukończyły licea pielęgniarskie lub dwuletnie studia zawodowe, a nie mają tytułu licencjatu lub magistra, ale mają bardzo duże doświadczenie i wprowadzają do zawodu młodsze i niedoświadczone pielęgniarki – mimo nowych regulacji zarabiają mniej niż te, które dopiero wchodzą na rynek pracy. Pielęgniarka bez wykształcenia wyższego otrzymuje – opisywał dyrektor – 3 773 zł brutto wynagrodzenia zasadniczego, podczas gdy pielęgniarka z wykształceniem wyższym o 400 zł więcej. Pielęgniarki ze specjalizacją i tytułem magistra otrzymują 5 478 zł – czyli o ok. 1 700 zł więcej niż te z ponad 20-letnim doświadczeniem.

Dyrektor zwrócił też uwagę, że w podobnej sytuacji są inni pracownicy medyczni. Zaznaczył, że przedstawiciele publicznych lecznic obawiają się także odejść pracowników administracji, którzy w podmiotach prywatnych mogą otrzymać wyższe wynagrodzenie, a w podmiotach publicznych niejednokrotnie mimo wyższego wykształcenia zarabiają mniej niż pracownik medyczny bez wyższego wykształcenia. Jak dodał, regulacje nie uwzględniły pracowników kontraktowych, którzy są w każdej grupie zawodowej w szpitalach.

"W szpitalach pracuje najstarsza, najbardziej doświadczona, najlepiej przygotowana do zawodu i najgorzej wynagradzana kadra medyczna” – powiedział Friediger i dodał, że dyrekcja nie może sama podwyższać wynagrodzenia, jeśli nie otrzyma więcej środków z NFZ.

Przedstawiciele szpitali publicznych, którzy w poniedziałek spotkali się w Okręgowej Izbie Lekarskiej w Krakowie, poparli protest medyków, planowany na sobotę w Warszawie. Medycy będą się domagali wzrostu nakładów na ochronę zdrowia i wzrostu płac do poziomów średnich w UE względem średniej krajowej.

"Trudno, aby pracodawcy szpitali pozostali obojętni wobec tego, co się dzieje. Popieramy postulaty tego protestu. Jest kilka spraw, które ciągną się i jesteśmy ich ofiarami” – powiedział dyrektor szpitala Żeromskiego zwracając szczególną uwagę na to, że większość świadczeń opieki zdrowotnej jest wycenionych poniżej faktycznych kosztów.

Od 1 lipca obowiązują nowe współczynniki pracy, na podstawie których ustalana jest płaca minimalnej pracowników placówek leczniczych. Przykładowo współczynnik pracy dla pielęgniarki z tytułem magistra i specjalizacją wzrósł z 1,05 do 1,06, a pielęgniarki bez specjalizacji i tytułu magistra - z 0,64 do 0,73; dla pracowników niemedycznych niezależnie od wykształcenia współczynnik wzrósł z 0,58 do 0,59 - obecnie najniższe wynagrodzenie zasadnicze wynosi w tej grupie 3 049 zł, a do czerwca było to 2 997 zł.

Zgodnie z danymi Ministerstwa Zdrowia, szpitale zawnioskowały dotąd o ponad 1,83 mld zł na wzrost wynagrodzeń dla swoich pracowników. Liczba pracowników, którym od 1 lipca wzrosło wynagrodzenie po wprowadzeniu ustawy to 254 782 osoby. W tej liczbie jest 15 289 lekarzy, 100 604 pielęgniarki i położne oraz 138 889 pozostałych pracowników.