Większość krajów deklaruje, że będzie szczepić przeciw COVID-19 młodzież od 12 lat, ale np. eksperci w Niemczech i Wielkiej Brytanii pozostają sceptyczni. Za Odrą rekomendacja jest taka, żeby szczepić tylko dzieci, które mają choroby niosące ryzyko ciężkiego przebiegu COVID-19. Nad Tamizą rekomendacji jeszcze nie wydano, ale BBC donosi, że będzie sformułowana w podobnym tonie. Szczepień dzieci „na tym etapie” nie zaleca również Światowa Organizacja Zdrowia (WHO).

W Polsce rekomendację dotyczącą kłucia młodzieży od 12 lat wydała pod koniec maja Rada Medyczna przy premierze. Niektórzy jej członkowie po czerwcowym stanowisku WHO nieoficjalnie przyznają jednak, że należy uważnie obserwować sytuację i efekty szczepienia dzieci w innych krajach.

Dotychczas zamiar szczepienia dzieci w wieku 12–15 lat ogłosiły m.in. Francja, Hiszpania, Włochy, Austria, Dania, Finlandia, Szwajcaria, Litwa i Estonia. Młodzież szczepi się też w Stanach Zjednoczonych; w tym gronie znajduje się również Izrael. Wczoraj Nachman Asz, główny koordynator kraju ds. walki z pandemią, wzywał do zaszczepienia wszystkich nastolatków. Jako powód podał pojawienie się nad Morzem Martwym wariantu Delta i fakt, że doprowadził on już do wybuchu dwóch ognisk w szkołach.
To niemoralne?
Nie wszyscy eksperci są jednak zwolennikami rozszerzania akcji szczepień na młodzież. Na stronach Światowej Organizacji Zdrowia można przeczytać np., że „na chwilę obecną dzieci nie powinny być szczepione”. „Nie ma jeszcze wystarczających dowodów na stosowanie szczepionek przeciw COVID-19 u dzieci, aby sformułować w tej sprawie zalecenia. Dzieci i młodzież mają tendencję do łagodniejszych chorób w porównaniu do dorosłych” – głosi komunikat na witrynie WHO.
Warto jednak zwrócić uwagę, że WHO nie sprzeciwia się szczepieniu dzieci ani nie uznaje go za niebezpieczne.
W podobnym tonie wypowiadają się eksperci odpowiedzialni za kalendarz szczepień w Niemczech. Szef zajmującej się tym komisji (tzw. STIKO) Thomas Mertens zżymał się kilka dni temu na łamach prasy fachowej, że w dyskusji o szczepieniach dzieci na tym etapie jest za mało danych naukowych. W związku z tym nad Renem i Łabą szczepienie przeciw koronawirusowi zalecane jest dla młodzieży w wieku 12–17 lat, tylko jeśli dziecko cierpi z powodu schorzenia, które czyni go wrażliwym na ciężki przebieg COVID-19. Na liście znajdują się więc m.in. otyłość, nadciśnienie, choroby płuc i serca czy osłabiony układ odpornościowy.
W Wielkiej Brytanii, chociaż urząd odpowiedzialny za dopuszczanie leków i szczepionek na rynek dał zielone światło dla podawania preparatu nastolatkom, to – jak podało BBC – raczej nie będą tego rekomendować eksperci, do których należy ostatnie słowo w kwestii kalendarza szczepień (ich opinia spodziewana jest na dniach).
Do tego dochodzi jeszcze argument, który można by nazwać „moralnym”. – W trudniej sytuacji, kiedy podaż szczepionek jest niewystarczająca dla wszystkich na całym świecie, szczepienie dzieci nie należy do priorytetów – powiedziała niedawno Kate O’Brien, główna ekspertka ds. szczepień WHO. W podobnym tonie wypowiada się zresztą także Andrew Pollard, jeden ze współtwórców szczepionki AstryZeneki. Naukowiec stwierdził niedawno, że szczepienie dzieci w krajach majętnych przed ogólną populacją w krajach rozwijających się jest „moralnie niewłaściwe”.
W Polsce pozytywną rekomendację szczepienia dzieci wydała pod koniec maja Rada Medyczna działająca przy premierze. Jak mówią jej członkowie – decyzja była jednomyślna. Ale dziś dodają, że wszystko jest płynne i zalecenia ciągle się zmieniają. Choćby WHO, które jeszcze niedawno mówiło o tym, że szczepienia dla dzieci są bezpieczne, teraz mówi, że nie należą do priorytetów. – Musimy obserwować na bieżąco naukowe doniesienia i podejmować decyzje – mówi jeden z członków, który jednak nie chce wypowiadać się oficjalnie.
Trudna dyskusja
Dlaczego szczepienia dzieci wywołują takie dyskusje w świecie naukowym? Jak tłumaczył niedawno na łamach DGP Pasi Penttinen z Europejskiego Centrum Kontroli i Prewencji Chorób (ECDC), chodzi o to, że z jednej strony liczba ofiar COVID-19 wśród dzieci jest znikoma (można więc argumentować, że w związku z tym zastrzyki nie są młodym potrzebne), ale z drugiej, że najmłodszych nie szczepi się niejako dla nich samych, ale żeby chronić innych, bardziej wrażliwych członków populacji.
„Na pewno zatem czeka nas dyskusja, czy jest akceptowalne, żeby szczepić dzieci po to, aby chronić dorosłych” – zastanawiał się ekspert. „Brak szczepień u dzieci oznacza, że w znaczącej części populacji wirus może się utrzymywać i być przenoszony [...]. Dopóki zakażają siebie, a nie jest to dla nich niebezpieczne, to nie mamy się co martwić. Ale nadal pozostaje ta część społeczeństwa, która się nie zaszczepiła. Więc to oznacza, że 30 proc. z dorosłej populacji, które się nie zaszczepi, jest nadal narażone. Bo wirus krąży” – mówił Penttinen.
Co ciekawe, zasada ochrony innych – przede wszystkim najstarszych – jest już wpisana w program szczepień w Wielkiej Brytanii. Co roku dzieci od 2. do 12. roku życia otrzymują preparat przeciw grypie w formie spreju do nosa z uzasadnieniem, że robi się to właśnie po to, żeby chronić ich dziadków – a mimo to wspomniany już komitet (JCVI) nie chce jej rozciągnąć na COVID-19. Ostateczna decyzja co do szczepień młodzieży nad Tamizą należy jednak do rządu; JCVI ma tutaj tylko doradczą rolę.
Minister zdrowia Matt Hancock był bardzo zadowolony, że brytyjski regulator zatwierdził niedawno szczepionkę Pfizera dla nastolatków. Polityk wskazał, że sukces akcji szczepień sprawił, iż większość pacjentów covidowych w brytyjskich szpitalach to teraz ludzie młodzi. Hancock uznał też, że szczepienie młodych jest potrzebne do kolejnego, ostatniego etapu otwarcia gospodarki – co miało nastąpić w poniedziałek, ale z powodu rozprzestrzeniania się wariantu Delta zostało odłożone na połowę lipca.
W Polsce 14 czerwca po pierwszej dawce było już ok. 230 tys. osób w wieku od 12 do 17 lat, a kolejnych 335 tys. czekało w kolejce na zastrzyk.
Nie tak odporni
Generalnie przyjęło się uważać, że dzieci i młodzieży koronawirus się nie ima. Brytyjscy eksperci wskazują, że z badań przesiewowych wynika, iż u jednej trzeciej nastolatków w wieku 16–18 lat wykryto przeciwciała SARS-CoV-2, a w tej grupie nie odnotowano lawiny hospitalizacji czy zgonów.
Krajobraz jest jednak bardziej skomplikowany. Pojawiają się badania – tj. obserwacje specjalistów kliniki Gemelli w Rzymie – z których wynika, że mniej więcej co trzeci mały pacjent (trudno więc ocenić, jak to się ma do ogólnej populacji – mowa bowiem tylko o dzieciach, które trafiły do szpitala) ma różne objawy nawet po ustąpieniu choroby: zmęczenie, ból i ucisk w klatce piersiowej, bóle mięśni, bezsenność, problemy z koncentracją. U kilku procent pojawiły się poważne kłopoty: jak np. wieloukładowy zespół zapalny (2,3 proc.) i zapalenie mięśnia sercowego (1,6 proc.).

opinie

Chronimy przed zespołem pocovidowym
Prof. Jacek Wysocki, b. rektor Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu i wiceprezes Polskiego Towarzystwa Wakcynologicznego
Skuteczność i bezpieczeństwo szczepień u dzieci w wieku 12–15 lat zostały wykazane w badaniach klinicznych. Ale szczepienia rekomendujemy przede wszystkim ze względu na to, aby jesienią dzieci mogły bezpiecznie wrócić do szkół. Izolacja dokonała wśród najmłodszych prawdziwego spustoszenia. Chodzi nie tylko o to, aby szkoły ruszyły, ale też żeby nie trzeba było ich znów zamykać. Warto również wziąć pod uwagę charakterystykę tej grupy wiekowej, a mianowicie fakt, że są znacznie bardziej ruchliwe niż młodsze dzieci, w związku z czym mogą odgrywać istotną rolę w przenoszeniu zakażenia. Szczepienia pozwalają również chronić dzieci przed wieloletnimi efektami zespołu pocovidowego, który dotyka niektóre dzieci po przejściu COVID-19 (w skali kraju jest ich ok. 500).
Nie zasłaniajmy się dziećmi
Gen. prof. Grzegorz Gielerak, dyrektor Wojskowego Instytutu Medycznego
Do szczepienia dzieci powinniśmy podchodzić bardzo ostrożnie. To zgodne z wytycznymi WHO. Dlatego państwo powinno skupić wysiłki na zaszczepieniu osób najstarszych i najbardziej zagrożonych, a nie gdy dorośli odmawiają, przerzucać się na szczepienie nastolatków. Odpowiadając na wypowiedź byłego ministra zdrowia – który wskazywał, że nieszczepione dziecko niesie ryzyko choroby m.in. dla swojego dziadka – pytam: a dlaczego ten dziadek nie jest szczepiony? Nie możemy zasłaniać się dziećmi w walce z niechęcią do szczepień. Dane niemieckie oraz z USA pokazują, że niewiele dzieci hospitalizowano z powodu COVID. Trzeba przy tym pamiętać, że szczepionka, jak każde lekarstwo, jest obarczona ryzykiem działań niepożądanych. Zaakceptowaliśmy je, uznając, że korzyści dla tej części populacji są większe. Ale nie dla dzieci.