Lekarze zakaźnicy mówią, że nigdy nie mieli do czynienia z takim wirusem, jak SARS-CoV-2. Czy z perspektywy naszego zdrowia psychicznego jest on również bez precedensu?
Chyba nawet bardziej. Szczególnie dla dzieci i młodzieży. W skali świata radykalnie zmieniło się życie 95 proc. młodych osób. W Polsce dzieci mają za sobą rok w zamknięciu, ze zdalną szkołą, nie licząc krótkiego okresu na przełomie września i października ubiegłego roku. To bardzo poważna zmiana, jeśli wziąć pod uwagę, że w tym wieku grupa rówieśnicza i uczenie się bycia w relacjach poza domem to podstawowe czynniki rozwojowe. W kluczowym momencie nastąpiło więc dramatyczne załamanie losów życiowych. Możemy próbować ekstrapolować na obecną sytuację wyniki badań z lat poprzednich dotyczących następstw izolacji, np. dotykających dzieci, które z powodów zdrowotnych nie mogły chodzić do szkoły.
Te badania coś nam teraz mówią?
Reklama
Bardzo dużo i, niestety, nie są to dobre wieści. Mamy też sporo nowych badań, ale opisują one krótkoterminowe, bezpośrednie skutki pandemii dla zdrowia psychicznego. Jeśli chodzi o skutki długofalowe, to jeszcze ich nie znamy. Porównania z podobnymi badaniami przeprowadzanymi na mniejszą skalę każą nam patrzeć w przyszłość pesymistycznie. Niedawno opublikowano np. opracowanie ponad 60 prac analizujących wpływ izolacji społecznej na zdrowie psychiczne dzieci, które wcześniej nie miały z nim problemów. Okazuje się, że jest on poważny. Znacząco zwiększa się u nich ryzyko zaburzeń lękowych i depresji. Następstwa izolacji społecznej są też obserwowane przez długi okres, nawet do 10 lat po doświadczeniu odosobnienia. Co więcej, silniej korelują one z czasem trwania izolacji niż z jej intensywnością. Następstwa odosobnienia są też nieco bardziej widoczne u dziewcząt niż u chłopców. Mamy ponadto ciekawe badania porównawcze dotyczące dobrostanu dzieci i młodzieży zrobione przez UNICEF. Pod lupę wzięto tam 38 krajów rozwiniętych. My zajmujemy w tej stawce 30. miejsce.
Co to znaczy?

Reklama
To znaczy, że dzieci w Polsce są raczej w złej kondycji psychicznej. 28 proc. młodych osób jest niezadowolonych ze swojego życia – mamy pod tym względem jedne z najniższych wyników na świecie. 55 proc. dzieci i młodzieży w Polsce jest niezadowolonych z tego, jak wygląda. To fatalne rezultaty.
Te badania robiono jeszcze przed pandemią?
Tak. Pokazują więc, jaki mieliśmy stan wyjściowy, a nie ma wątpliwości, że pandemia te wyniki pogorszy. Tym bardziej że mamy niezwykle skromne możliwości, jeśli chodzi o niesienie pomocy. Krajowa ochrona zdrowia psychicznego jest w permanentnym kryzysie. To trudne do wyobrażenia, ale w Polsce wsparcie w ramach systemu publicznego dostaje 1,5–2 proc. dzieci i młodzieży, a powinno 8–10 proc. Środki są dramatycznie niskie, więc po zaspokojeniu potrzeb oddziałów psychiatrycznych bardzo niewiele ich pozostaje na leczenie ambulatoryjne, które powinno być podstawą leczenia dzieci i młodzieży.
Często jest tak, że dziecko pierwszą pomoc dostaje dopiero w szpitalu?
Zdecydowanie zbyt często. Brakuje uważności decydentów na tę kwestię. Brakuje pieniędzy, brakuje ludzi, specjalistów... Jak mantrę powtarzamy od lat, że jest za mało psychiatrów młodzieżowych. Dwa razy za mało. Ale jest i poważniejszy problem: psychoterapeuci. Nie ma ustawy o tym zawodzie, stąd trudno nawet precyzyjnie powiedzieć, ilu ich jest. Ostrożne szacunki mówią, że jakieś 10 razy za mało.
Dlaczego to poważniejszy problem?
Leczenie farmakologiczne w cywilizowanych krajach jest tylko małym fragmentem pomocy dzieciom i młodzieży z zaburzeniami psychicznymi. Znaczne większe znaczenie ma psychoterapia. Leki łagodzą objawy, w rzadkich przypadkach są konieczne. Natomiast w psychiatrii dziecięco-młodzieżowej ważne jest, by nie tylko objawy łagodniały, lecz by młody człowiek dzięki oddziaływaniu terapii stał się odpornym na przeciwności losu dorosłym. Ma więc ona przede wszystkim funkcję prewencyjną: powinna chronić przed zachorowaniem w przyszłości. Tymczasem w Polsce publiczna, darmowa psychoterapia, w tym terapia rodzinna, jest bardzo słabo dostępna.
Ale o pogłębiającej się alienacji młodego pokolenia mówiło się już przed pandemią. Alarmowano, że dzieci zamiast wychodzić na podwórko siedzą godzinami przed komputerem.
Racja. Pandemia wyeskalowała trend, który i tak narastał w ostatnich latach. Przyczyniła się do tego, że młodzi mają jeszcze mniej kontaktów twarzą w twarz, za to więcej internetu, samotności, niewprawności w bezpośrednich kontaktach. Jesteśmy w procesie gigantycznej zmiany, która dokonuje się na całym świecie. Zarówno w badaniach światowych, jak i krajowych, od ok. 2012 r. obserwujemy wyraźne pogorszenie stanu zdrowia psychicznego nastolatków. Nic innego nie tłumaczy tej zmiany, jak właśnie to, że mniej więcej w tym czasie młodzieżą stały się dzieci, które prawie od urodzenia żyły w świecie szerokopasmowego, łatwo dostępnego internetu – Facebooka, wyszukiwarek, YouTube’a. Klasa średnia niespecjalnie godzi się, by młodzi ludzie „marnowali czas” i wychodzili z domu bez celu. Założenie jest takie, że dzieci i młodzież muszą robić wyłącznie pożyteczne rzeczy. Mają więc dodatkowe zajęcia, korepetycje albo siedzą przed monitorem.
Zniknęły spotkania przy trzepaku, gdzie kiedyś kwitło życie towarzyskie…
Właśnie. Nie ma już podwórek. Internet wciąga nas wszystkich, ale jest szczególnie atrakcyjny dla tych, którzy dotąd nie najlepiej radzili sobie w relacjach, mają mniej umiejętności cenionych wśród rówieśników, żyją w trudnych domach. Do tego media społecznościowe skłaniają do porównań. Ktoś ma piękne życie, a ja nie. Takie myślenie prowadzi do depresji, zwłaszcza wśród dziewcząt, które są intensywnymi użytkowniczkami społecznościówek. W efekcie o ok. 50 proc. w ostatnich latach wzrósł w tej grupie poziom niezadowolenia z życia. Systematycznie zwiększa się liczba prób samobójczych, samookaleczeń, poważnych depresji, które skutkują hospitalizacjami. To plaga, która była już przed COVID-19. Ale pandemia ten stan zaostrza. I co ważniejsze, narasta fala ludzi, którzy dotąd nie mieli objawów, a dziś je zgłaszają. Szacuje się, że ok. 30 proc. osób zdrowych z powodu pandemii wejdzie w kryzys spełniający kryteria zaburzenia psychicznego.
Młodzi ludzie będą masowo odwiedzać gabinety psychiatrów?
Teoretycznie, bo – jak wspomniałem – nie mamy na razie w Polsce potencjału, by im należycie pomóc.
A nie jest tak, że każde pokolenie ma swoje dramatyczne doświadczenie, z którym po prostu musi się uporać? Jedno miało wojnę, inne stan wojenny.
Tu mogę wejść śmiało w rolę eksperta, bo jestem członkiem zespołu, który założyła niegdyś prof. Maria Orwid, moja mistrzyni i nauczycielka, twórczyni pierwszej w Polsce Kliniki Psychiatrii Dzieci i Młodzieży w Krakowie. Nasz zespół pracuje z dziećmi Holokaustu, a wcześniej również z innymi osobami, na których życie przez wiele lat wpływała wojna. Jej skutki dalej są widoczne. Mamy zresztą liczne badania, które pokazują, że wpływ urazowych, traumatycznych doświadczeń przenosi się z pokolenia na pokolenie – nie tylko na dzieci, ale i na wnuki ofiar. Doświadczenia te tkwią w nas szczególnie głęboko, jeśli przeżywaliśmy je, będąc dziećmi. I na tym polega problem. Dziecięca psychika jest wobec nich bezbronna. Wracając do tego, co dziś: nie twierdzę, że żyjemy w najtrudniejszych czasach w historii. Żyjemy w trakcie radykalnej zmiany, która odciska się na zdrowiu psychicznym dzieci i młodzieży. Zanika rutyna, pojawia się nuda, rozkład dnia jest zaburzony, dzieci są odseparowane, wyrwane z dotychczasowego życia i co najważniejsze, poddane przewlekłemu stresowi.
Ale to wyrwanie, odseparowanie od tego, co znane, zdarzało się już wcześniej i w innych kontekstach. Weźmy choćby elitarne brytyjskie szkoły z internatem. Rodzice wysyłali tam nawet kilkuletnie dzieci, dla ich dobra.
Nie znam statystyk, ale szkoły z internatem dotyczyły niewielkiego fragmentu populacji. Ważniejsze są doświadczenia wspólne dla większych grup. Ale skoro jesteśmy przy szkole: przez lata hołdowaliśmy pruskiemu modelowi nauczania, nastawionemu bardziej na rywalizację niż na współpracę, na jednostkowe wyniki zamiast na realizację wspólnego celu. W pandemii presja szkoły złagodniała i część młodzieży odebrała to z ulgą. Przekłada się to na wyniki badań. Około 20 proc. uczniów mówi teraz, że obecny stan im odpowiada, bo mniej się stresują lekcjami. Mniej dzieci doświadcza też przemocy rówieśniczej. W domach mogą się łatwiej odizolować, odciąć od relacji, które były dla nich trudne. Jest grupa pacjentów, która wprost deklaruje, że siedzenie w domu jest im na rękę.
To są również pana pacjenci?
Tak. Są wśród nich osoby, które przychodziły do mojego gabinetu również przed pandemią. Teraz mówią wprost, że narasta w nich strach przed powrotem do tradycyjnej szkoły. I muszę przyznać, że powrót do normalności w ich przypadku będzie miał dramatyczny przebieg. To ludzie, którzy na myśl o wejściu do klasy dostawali napadów lęku, bólów brzucha i wielu innych objawów.
Co pan im radzi?
W zwykłych czasach zalecanym postępowaniem jest jak najszybszy powrót do szkoły. Z każdym dniem pozostawania w domu rośnie ryzyko, że już nigdy do niej nie dotrą, ale co ważniejsze: staną się dorosłymi, którzy nauczyli się wycofywać wobec trudności, a nie nauczyli życia z ludźmi. Przez lata byłem w Krakowie jedynym psychiatrą, który chodził do domów pacjentów dziecięco-młodzieżowych. Znam młodych ludzi, którzy zalegli w domach na dobre, bo mieli zbyt długo przyznane nauczanie indywidualne.
Z pana słów wynika, że to był błąd.
Nauczanie indywidualne nieraz jest konieczne, potrzebne, ale zdarza się, że jest nadużywane. To niebezpieczna broń. Mówię swoim młodym pacjentom, że jeden miesiąc siedzenia w domu można porównać z czterema miesiącami odsiadki w więzieniu. W starszych klasach szkoły podstawowej czy szkole średniej czas płynie wyjątkowo szybko. Zmiany zachodzą błyskawicznie. Kiedy ktoś wypadnie z rytmu szkolnego, traci pojęcie, co się dzieje między kolegami i jakie nowe relacje powstały, co wzbudza emocje, w co się gra, jakiej muzyki się słucha, o czym się rozmawia. A mówimy o ludziach, którzy często już wcześniej nie byli sprawni w zaprzyjaźnianiu się, dogadywaniu z kolegami. Jak niebezpieczna jest izolacja, pokazują też badania dotyczące osób, które straciły pracę. Im dłużej są bezrobotne, tym większe mają problemy z odnalezieniem się na rynku pracy. To samo dotyczy więźniów czy osób, które poszły do klasztoru. Izolacja odciska swoje piętno.
Obawia się pan powrotu dzieci do szkół, szczególnie tych, które miały problemy z relacjami wcześniej?
Bardzo. Mieliśmy preludium we wrześniu ubiegłego roku, kiedy dzieci na chwilę wróciły do ławek. Od razu zalały nas prośby o pomoc od zaniepokojonych rodziców – ich dzieci źle spały, stawały się depresyjne i lękowe, samookaleczały się, nasiliły się im myśli samobójcze, miały coraz więcej problemów z docieraniem do szkoły. Oczywiście większość dzieci poradzi sobie i z pandemią, i z powrotem do życia po niej. Problem w tym, że mniejszość, która będzie wymagała pomocy, jest teraz liczniejsza niż kiedykolwiek. Pewnym łagodzącym czynnikiem może być fakt, że nie jest to doświadczenie jednostkowe, lecz zbiorowe. Nie ma więc obawy, że porównywanie się z innymi będzie pogłębiało lęki. Izolacja dotknęła wszystkich, całe pokolenie.
Czy jest coś jeszcze, co może okazać się wspólne dla tych dzieci?
Trochę mniej używek, alkoholu czy narkotyków. Albo coś, co zapewne cieszy rodziców, a psychiatrów nie do końca – młodzież wycofuje się z relacji seksualnych w związkach. Badania prowadzone jeszcze przed pandemią w USA i Europie Zachodniej wyraźnie pokazywały, że wzrasta liczba adolescentów, którzy opóźniają rozpoczęcie współżycia – o rok w stosunku do badań sprzed 10 lat. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie druga strona medalu: mniej doświadczeń w realu to więcej pornografii i mniej wprawy w poznawaniu nowych osób, tworzeniu związków romantycznych, bycia w związkach. Czy to są zmiany pokoleniowe? Jeszcze za wcześnie, by to stwierdzić. Pokolenie można analizować z perspektywy czasu. I jeszcze jedno: snując narrację pokoleniową, abstrahujemy od tego, że pandemia niezwykle różnicuje losy ludzkie.
Co ma pan na myśli?
W domach, które są w stanie dawać wsparcie w nauce, dzieci radzą sobie lepiej. Ale są i rodziny, gdzie dorośli nie potrafią mobilizować, motywować, towarzyszyć uczeniu się dziecka. Widzimy już wyraźnie, że narasta luka edukacyjna. Ale mniej wiemy o innym, być może poważniejszym procesie, który będzie miał wpływ na zdrowie psychiczne dzieci i młodzieży. Pandemia sprawia, że członkowie rodzin, które były sobie bliskie przed jej wybuchem, które się wspierają i lubią oraz nie doświadczyły poważnych utrat, mogą być jeszcze bliżej. Ludzie przebywają ze sobą więcej, szukają nowych form spędzania czasu. Być może rodzice mocniej doceniają dzieci, a dzieci próbują na nowo zaprzyjaźnić się z rodzicami. Są też badania pokazujące, że w ostatnim roku średni czas trwania snu młodych osób wydłużył się o 30–40 minut. Bo nie trzeba do szkoły dojeżdżać, bo nauczyciele mniej zadają. A przewlekłe niedobory snu to poważny problem w ostatnich latach. Bywają więc i pozytywy. Pandemia ujawnia natomiast biedę dzieci w tych rodzinach, gdzie już wcześniej nie działo się dobrze. Zwiększa ryzyko przemocy wewnątrz rodzinnej, nasilają siękonflikty i trudy bycia ze sobą, szczególnie tam, gdzie jest ciasno i ubogo. Zanik tradycyjnej szkoły to także osłabienie reagowania instytucji na dostrzegane problemy. Uważny nauczyciel czy pedagog szkolny mógł sporo dostrzec, namówić do uzyskania profesjonalnego wsparcia. Ale nie przez ekran monitora. Instytucje, zarówno szkolne, jak i pomocy społecznej, widzą dziś mniej i słabiej reagują.
Czy to doświadczenie jest na miarę traumy wojennej?
Nie. W większości przypadków to chyba jednak nieporównywalne doświadczenia, choć dziś również obok izolacji mamy strach o życie i zdrowie bliskich, a niektórym dzieciom umarli ważni członkowie rodziny. Co innego jest istotne: przez długie lata świat nie rozumiał, że następstwa doświadczeń traumatycznych mogą być długotrwałe. Panowało przekonanie, że nawet jeśli przeżyłeś coś strasznego, musisz się zebrać i być dzielnym człowiekiem. Teraz już wiemy, że nie trzeba być tylko dzielnym, że zła przeszłość pozostawia ślady, że tym, którzy cierpieli, należy się pomoc. Wiemy coraz więcej o wpływie przewlekłego stresu i traum, łącznie z krótszym i pełnym chorób życiem tych, którzy doświadczyli długotrwałego krzywdzenia.
W jaki sposób?
Ludzie, którzy doświadczyli wielu negatywnych zdarzeń w dzieciństwie, żyją o 20 lat krócej od tych, którzy spędzili je bezpiecznie i mają dobre wspomnienia. Ci pierwsi przez całe życie borykają się z nadmiernym pobudzeniem tzw. osi stresu, co wyczerpuje ich ciała i sprzyja rozwojowi wielu chorób, w tym tych bardzo poważnych – chorób układu krążenia. To twarde dane, wynikające z badań prowadzonych na Zachodzie od lat. Dzięki niedawnym badaniom Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę wiemy, że w Polsce taka sytuacja dotyczy mniej więcej co dziesiątego dziecka. Ze względu na swoje doświadczenia nie tylko będzie ono osamotnionym, samookaleczającym się, depresyjnym nastolatkiem, lecz stanie się z czasem chorowitym dorosłym, który umrze znacznie wcześniej niż powinien. Trauma z dzieciństwa nie wpływa zatem jedynie na to, czy będziemy mieli depresję lub inne zaburzenia psychiczne. Nasze emocje i ciało są ze sobą ściśle połączone. Przewlekły stres i związane z izolacją pogorszenie umiejętności nawiązywania przyjaźni mogą wpływać na całe nasze życie znacznie bardziej, niż nam się wydaje.
Jest w tym wszystkim jakaś optymistyczna nuta?
Trwa reforma psychiatrii dziecięco-młodzieżowej. Po raz pierwszy od lat ta problematyka staje się ważna, również dla rządzących. Trwają szkolenia, które mają zwiększyć pulę psychoterapeutów młodzieżowych i terapeutów środowiskowych. Pojawiają się też nowe placówki – ośrodki środowiskowej opieki psychologicznej i psychoterapeutycznej dla dzieci i młodzieży. Są blisko ludzi, powstały w miastach powiatowych, a nieraz nawet w malutkich gminach. Przykładowo w województwie małopolskim od lat dość łatwo – jak na polskie realia – można było uzyskać profesjonalną pomoc w Krakowie, a bardzo trudno poza nim, bo było dotąd tylko pięć poradni zdrowia psychicznego dla dzieci i młodzieży. A niedawno powstało dwadzieścia kilka nowych ośrodków.