Reklama
Podwyżki cen leków w aptekach trwają nieprzerwanie od listopada 2020 r. W styczniu pacjenci musieli zapłacić za lek średnio o 0,9 proc. więcej niż miesiąc wcześniej, a w lutym o kolejne 0,7 proc. Tym samym dziś średnia jego cena wynosi 23,7 zł, co w porównaniu z rokiem ubiegłym oznacza wzrost o 7,6 proc. Dla porównania w listopadzie ub.r. różnica w cenie rok do roku była mniejsza i wynosiła 4,6 proc. – wynika z danych polskiej firmy badawczo-doradczej PEX PharmaSequence.
Zdaniem ekspertów to nic innego jak odpowiedź na coraz trudniejszą sytuację w branży. Mowa oczywiście o pogarszającej się sprzedaży, a co za tym idzie i wynikach finansowych działających na nim podmiotów. Według wyliczeń jeszcze w 2019 r. sprzedaż wzrosła o 7,5 proc. do 37,1 mld zł. Rok później z powodu pandemii i wprowadzonych w związku z nią obostrzeń zwiększyła się tylko o 1,4 proc. do 37,7 mld zł. Rynek przed spadkiem uratowały jednak podwyżki cen, a nie większa sprzedaż ilościowa.
W tym roku podwyżki nie rekompensują już jednak strat wynikających z mniejszego popytu na leki. W ciągu pierwszych dwóch miesięcy apteki sprzedały produkty o wartości nieco ponad 5,8 mld zł. To oznacza spadek o 14 proc. w porównaniu do roku ubiegłego. Eksperci zaznaczają jednak, że to też efekt wysokiej bazy roku ubiegłego, w związku z czym w kolejnych miesiącach różnica może ulec spłaszczeniu. – Są na rynku apteki, które notują w czasie pandemii spadek obrotów o ponad 50 proc. Dotyczy to przede wszystkim placówek znajdujących się przy przychodniach czy szpitalach. Branży nie pomaga też zamykanie galerii handlowych. Wiele aptek znajduje się bowiem na ich terenie. Wraz z lockdownami tracą klientów – dodaje Marek Tomków, wiceprezes Naczelnej Rady Aptekarskiej.
To wszystko przekłada się na wzrost cen. – Naturalne jest, że podmioty dążą do odrobienia strat. Teraz jest do tego najlepszy czas, trwa sezon przeziębieniowy, choć na mniejsza skalę niż w poprzednich latach. Maseczki i lockdowny robią swoje. Działają prewencyjnie, nie dopuszczając do rozprzestrzeniania się wirusów – tłumaczy dr Jarek Frąckowiak, prezes zarządu, partner zarządzający w spółce PEX PharmaSequence.

Reklama
Aptekarze w rozmowach z DGP tłumaczą jednak, że za sytuację na rynku odpowiadają przede wszystkim hurtownie i producenci. – Bywa, że obserwujemy nawet kilkudziesięcioprocentowe podwyżki cen niektórych preparatów. Co więcej, ma to miejsce z dnia na dzień – mówi Marek Tomków.
Aptekarze potwierdzają, że borykają się z coraz większymi cenami zakupu towarów. Dotyczy to zwłaszcza preparatów na przeziębienie, na które o tej porze roku jest największy popyt. Efekt – produkty oferowane w ramach pełnopłatnych recept zdrożały o 8,7 proc. rok do roku, a odręcznie sprzedawane preparaty, czyli bez recepty, o 7,7 proc.
– W poprzednich latach robiliśmy zapas tego rodzaju produktów przed wystąpieniem sezonu grypowego. To oznacza, że kupowaliśmy je w ilościach hurtowych, po niższych cenach. W tym roku zakupy robimy z dnia na dzień. Po pierwsze dlatego, że dystrybutorzy nie oferowali pakietów leków w atrakcyjnych cenach jak wcześniej, po drugie nie chcieliśmy zamrażać gotówki w obawie, że nie uda się wszystkiego sprzedać. Jak się dziś okazuje, nasze założenia były słuszne. Sprzedaż jest o kilkadziesiąt procent niższa, sezon grypowy praktycznie nie istnieje – tłumaczy pracownik jednej z sieci aptek.
PZH Narodowy Instytut Zdrowia publicznego potwierdza – do połowy marca na grypę zachorowało 431 tys. osób, wobec 1,73 mln rok wcześniej.
Producenci w nieoficjalnych rozmowach przyznają, że liżą rany po trudnym 2020 r. O tym, jak był on trudny, świadczą masowe zwolnienia zapowiedziane chociażby przez Polpharmę. Do tego dochodzą rosnące koszty surowców i pracy. W dodatku perspektywy na rynku nie są optymistyczne. Jak zauważa dr Jarek Frąckowiak, trwają właśnie negocjacje w sprawie cen leków refundowanych. – Przeważnie kończą się one obniżką ich cen. Producenci być może szykują się na taki scenariusz i próbują zgromadzić kapitał już teraz na sprzedaży innych leków – dodaje.
W zasadzie, jak mówią eksperci, nie ma co liczyć na zmiany, gdy trwa pandemia. – Dopóki się nie skończy, rynek farmaceutyczny będzie przeżywał ciężkie chwile – dodaje Marek Tomków.
Apteki jednak też mają swój udział w podwyżkach. Nie chcąc podzielić losu bankrutujących podmiotów – rocznie z powodów ekonomicznych zamyka się około 400 aptek – również zaczęły podnosić ceny.
Średnia marża dla wszystkich leków osiągana przez apteki nadal pozostaje niższa o 1,8 proc. rok do roku. Na koniec lutego wyniosła ona 24,6 proc. Eksperci PEX PharmaSequence wskazują jednak, że w lutym zanotowała ona wzrost w porównaniu do stycznia o 1,8 proc.
– Jeśli apteki podnoszą ceny, to nieznacznie i tylko tych najbardziej rotujących produktów. Zdają sobie sprawę, że dużymi podwyżkami mogłyby zrazić do siebie pacjentów, co oznaczałoby dla nich tylko jedno: ich odpływ i jeszcze niższą sprzedaż. A to najgorszy scenariusz w obecnej sytuacji – wyjaśnia Marek Tomków.
Szczególnie że obrót statystycznej apteki maleje, mimo ubywania podmiotów na rynku. W lutym wyniósł 221 tys. zł. Oznacza to spadek o 9,1 proc. względem ubiegłego roku.