– To państwo reguluje liczbę osób, które kształci się na studiach medycznych – mówi Marek Balicki, były minister zdrowia. Tłumaczy, że współczynnik 2,2, który wynika z danych OECD, został ustalony w latach 90. – Wtedy plasowało nas to w średniej europejskiej. I tak był całkiem wysoki, bo pojawiały się pomysły, by ustalić go na poziomie 1,6 na 1000 mieszkańców – opowiada Balicki. Wówczas uważano, że duża liczba lekarzy będzie zbyt kosztowna.
Starzenie się społeczeństwa zwiększa zapotrzebowanie na lekarzy. Inne państwa w porę zauważyły trend, tymczasem w Polsce pomimo nieznacznych ruchów od 25 lat pozostaje ten sam wskaźnik. To rujnuje cały system opieki zdrowotnej i wydłuża kolejki. Choć są one przede wszystkim konsekwencją limitów ze strony NFZ, które pozwalają na finansowanie konkretnej liczby pacjentów – bez względu na większe możliwości placówki. – Ale jest tak, że tylko jedna trzecia lekarzy pracuje na jednym etacie, reszta ma kilka miejsc pracy – przekonuje Balicki. Dlatego przy pomysłach wprowadzenia dodatkowych ubezpieczeń i przekierowania części pacjentów do prywatnej służby zdrowia może się okazać, że ten system też będzie niewydolny. Właśnie z powodu braku personelu medycznego. W efekcie wzrost liczby dostępnych placówek służby zdrowia nie musi się przełożyć na zmniejszenie kolejek.