Prywatne kliniki żerują na publicznych. Wybierają sobie najłatwiejszych i najtańszych w leczeniu pacjentów. Ciężej chorych odsyłają do placówek publicznych. Pierwsze mają zyski i noszą miano zaradnych. Drugie muszą się zadowolić długami i satysfakcją z dobrze wykonanej roboty.
Nocne powietrze przeszywa sygnał karetki pogotowia. Pojazd z piskiem opon zatrzymuje się pod drzwiami z napisem „izba przyjęć”. Ratownicy wypadają z samochodu, pchając przed sobą nosze z zaintubowanym pacjentem. – Znowu z prywatnego przywieźli – ktoś rzuca. Biegiem ruszają w stronę oddziału ratunkowego szpitala. Dajmy na to w Łodzi. Albo w innym dowolnym mieście, gdyż problem dotyczy całego kraju.
Uwaga. Teza postawiona na początku tego tekstu jest nadmiernie wyostrzona, a mówiąc kolokwialnie – przegięta – i choćby z tego powodu nie do końca prawdziwa. Podobnie jak ta przeciwstawna, głosząca, że publiczne szpitale to dziury bez dna, w których marnotrawi się pieniądze podatników, centra nieudolnego zarządzania, jaskinie kolesiostwa. Jednak spoglądając na naszą nieustannie reformowaną, niedoinwestowaną służbę zdrowia, nie sposób nie zauważyć, że polski system promuje to, co prywatne. W domyśle – niskokosztowe. Niesprawiające kłopotów. Publiczne szpitale, mające prócz zadania zarabiania pieniędzy misję leczenia każdego i za każdą cenę, wychodzą z tego starcia pokrzywdzone. Tak w kategoriach osiągniętego wyniku finansowego, jak i oceny społecznej.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.