- W ściśle określonych sytuacjach powinien być przymus wykonywania wobec chorego jakichś czynności. A obecna ustawa słabo to zabezpiecza, choć z powodzeniem by mogła. Tak samo jak mogłaby wprowadzić przymusowe szczepienia i odebrać prawo roszczeń z tego tytułu względem państwa - mówi Rafał Janiszewski, właściciel kancelarii doradzającej placówkom medycznym
Reklama



Czy na gruncie ustawy o chorobach zakaźnych można pacjenta zmusić do wszystkiego?
Do wszystkiego z pewnością nie. Ustawa stanowi, że wobec osoby, u której podejrzewa się lub rozpoznano chorobę zakaźną, a która nie poddaje się obowiązkowi szczepienia, badaniom, zabiegom sanitarnym, kwarantannie lub izolacji, hospitalizacji, może być zastosowany środek przymusu bezpośredniego polegający na przytrzymywaniu, unieruchomieniu lub przymusowym podaniu leków. W dalszej części przepisu wymienia się enumeratywnie schorzenia, w których jest obowiązek leczenia. Są to gruźlica, kiła i rzeżączka. Stąd domniemywać należy, że zapisy o przymusowym podawaniu leków dotyczą tylko tych chorób. Mamy więc obecnie przymus izolacji, hospitalizacji, diagnostyki oraz leczenia gruźlicy, kiły i rzeżączki. Nie ma przymusu leczenia COVID-19. I tu pojawia się pytanie, czy treść tego przepisu nie powinna być znowelizowana. Choć może jednak jest to przemyślana konstrukcja.
Może wystarczy przymus izolowania i hospitalizacji? W końcu sama hospitalizacja, bez leczenia, nie ma chyba większego sensu, więc może uznano, że jedno z drugim jest na tyle ściśle związane, że nie trzeba tego doprecyzowywać?
No właśnie – rodzi się pytanie, czy traktujemy hospitalizację jako całość i wszelkie postępowania w jej ramach objęte są tym przymusem, czy też traktujemy hospitalizację wyłącznie jak izolację. Ustawa daje możliwość przymusowej hospitalizacji, czyli na nią na pewno pacjent nie musi wyrażać zgody. Ale jeśli np. w jej trakcie nie życzy sobie podania osocza czy wykonania jakiegoś innego zabiegu? Ma do tego prawo.
W sytuacji zachorowania na COVID nie można zmusić do leczenia?
Nie można. Chyba że się pacjenta ubezwłasnowolni lub jest on w stanie zagrożenia życia i jednocześnie nie ma możliwości złożyć zgody lub sprzeciwu. Teraz nasuwa się pytanie, czy ustawa o chorobach zakaźnych ubezwłasnowolnia pacjenta, a jeśli tak, to w jakim zakresie. Czy tylko w zakresie wskazanym w ustawie, gdzie enumeratywnie wymienia się: szczepienia, badania diagnostyczne, hospitalizacje i leczenie wymienionych chorób, czy też w zakresie wszelkich postępowań, jakie przyjdą lekarzowi do głowy? Ja się skłaniam ku tej pierwszej interpretacji. Czyli że pacjent ma prawo wyrazić zgodę na wszystko, chyba że tę zgodę mu się wyłącza w przypadkach wyraźnie wskazanych. Podkreślam raz jeszcze: ustawa wskazuje w art. 5 obowiązek poddania się leczeniu, a w art. 40 par. 1 doprecyzowuje, jakich przypadków to dotyczy. W tym katalogu nie ma zakażenia COVID-19.
Czyli jeśli trafię z koronawirusem do szpitala, nie muszę zgodzić się na podanie osocza?
Nie musi pani. Tym bardziej, że stosujemy tutaj również leki poza wskazaniami…
W zasadzie wszystko, co ma związek z leczeniem COVID-19, to terapia eksperymentalna…
I zgodnie z prawem pacjent powinien wyrazić na to świadomą zgodę, bo jest to obarczone większym ryzykiem. Moim zdaniem ustawa o chorobach zakaźnych tego uprawnienia nie wyłącza. Można zmusić pacjenta do pobytu w szpitalu, ale może on nie wyrazić zgody na podanie określonych leków, z wyjątkiem chorób wymienionych. Może to oczywiście przypłacić życiem, ale ma takie prawo. Wyjątek, gdy jest nieprzytomny, niezdolny do wyrażenia świadomej zgody, wtedy zgodnie z ustawą o zawodzie lekarza lekarz ma obowiązek ratowania życia pacjenta nawet bez tej zgody.
Ale gdyby była taka sytuacja, że istnieje jeden jedyny lek, który zwalcza COVID-19, i bez tego człowiek nie wyzdrowieje, będzie dalej zakażał innych. Czy wtedy można by było mu go podać bez jego zgody?
W mojej ocenie nie. Wciąż nie ma ku temu podstaw. Dlatego wydaje mi się, że pora na zmianę ustawy. Kiedyś domniemywano, że obowiązek leczenia z niej wynika. Ostatnie nowelizacje zostały mocno ukierunkowane na COVID-19, ale przymusu leczenia wirusa nie wprowadzono wprost. Choć szczerze mówiąc, ja miałbym trudności w jednoznacznym rozstrzygnięciu tej kwestii. Bo trzeba też czytać ducha ustawy, a jej intencją było zapobieganie chorobom zakaźnym. Dlatego w jej ramach pacjentów szczepimy, testujemy, leczymy, by dalej zakażeń nie roznosili. I tu wracamy do kwestii hospitalizacji – bo jeśli pacjent zostaje w szpitalu, to nie roznosi zakażenia. Może więc to wystarczy?
Ale tego na tym etapie nie wiemy. Może wystarczy, może nie. Dlatego usiłujemy leczyć, nie tylko izolować. Choć z drugiej strony, jeśli nie ma objawów albo są lekkie, poprzestajemy na izolacji. Przymusu leczenia nie można więc chyba wytłumaczyć wyłącznie troską o dobro ogółu.
Nie można. A sytuacja się jeszcze komplikuje, gdy uświadomimy sobie, że przymuszenie kogoś do terapii oznaczałoby przyjęcie odpowiedzialności za jej skutki. Mówimy oczywiście o skrajnych przypadkach, bo generalnie każdy, kto jest chory, chce być wyleczony. Niemiej jednak dylemat etyczno-prawny istnieje.
I nie jest czysto teoretyczny, bo lekarze już teraz się nad tym zastanawiają, obawiając się ewentualnych konsekwencji.
Oczywiście, ja uważam, że lekarze są jedną z grup najbardziej zainteresowanych takim rozstrzygnięciem. Dostrzegają problem odpowiedzialności za kwalifikację do leczenia czy szczepienia. Brak dostatecznych badań naukowych sprawia, że decyzje terapeutyczne podejmowane są z dużym poczuciem dyskomfortu prawnego. Na gruncie obowiązujących przepisów za włączenie pacjenta do terapii ostatecznie odpowiada lekarz. Gdyby był obowiązek poddania się jakimś rodzajom terapii, to – gdyby taka terapia przyniosła jakiś negatywny skutek przy dołożeniu należytej staranności przez lekarza – mógłby on powiedzieć, że to nie jego wina, tylko tego, kto kazał w ten sposób leczyć.
Dlatego też moim zdaniem doświadczenia covidowe powinny skłonić do nowelizacji ustawy o chorobach zakaźnych – nie tylko w tym zakresie. Bo mamy też wiele innych problemów. Na przykład, że osoby, u których występują objawy, nie zgłaszają się na testy ani do lekarza.
Z innej jeszcze strony można powiedzieć, że możliwości tej ustawy nie są w pełni wykorzystywane. Bo na jej gruncie można przymusić do szczepień. A u nas zdecydowano, że szczepienia nie będą obowiązkowe. Bo rząd wie, że ludzie będą się bali tej szczepionki? A może się w ten sposób chroni przed ewentualną odpowiedzialnością?
Ale rząd nie jest od tego, żeby chronić siebie, tylko żeby chronić nas. O tym trzeba rozmawiać i uwzględnić argumenty wszystkich stron – i tych, którzy uważają, że obowiązkowe szczepienie to będzie ograniczenie ich wolności, i tych, którzy uważają, że swobodny wybór tamtych będzie ich stawiał w sytuacji zagrożenia. Od początku epidemii zwracam uwagę na konieczność prowadzenia poważnej akcji informacyjnej. Nie propagandowej, ale edukacyjnej. Spójnej, prawdziwej i adekwatnej do potrzeb.
Przymus to zawsze przymus. Uważam, że obecny zakres przymusu powinien zostać zweryfikowany. Jestem naprawdę wielkim zwolennikiem praw człowieka. Wierzę, że człowiek powinien mieć prawo dokonywania wyboru, powiedzieć, że nie chce być leczony, bo to on zna granicę, kiedy terapia zaczyna być dla niego uporczywa. Ale ma prawo też do opieki, nawet wtedy gdy nie chce być leczony. Natomiast w określonych ściśle sytuacjach powinien być przymus odizolowania kogoś i wykonywania jakichś czynności. A obecna ustawa słabo to zabezpiecza, choć z powodzeniem by mogła. Tak samo jak mogłaby wprowadzić przymusowe szczepienia i odebrać prawo roszczeń z tego tytułu względem państwa. To raczej powinno być po stronie producenta szczepionki.
To, że producenci bronią się przed odpowiedzialnością, może potęgować lęk pacjentów. Wszyscy dookoła mają jakieś obawy i się chronią, a my się mamy nie bać?
Mam mieszane uczucia co do zwalniania firm farmaceutycznych z odpowiedzialności za ewentualne skutki działania ich produktów. Ostatnio sporo mówi się o zastrzeżeniach dotyczących odpowiedzialności producentów szczepionek przeciw COVID-19. Trudny temat, bo z jednej strony potrzebujemy szczepionki i leku, a z drugiej nie mamy czasu na wieloletnie badania bezpieczeństwa. Może rozwiązaniem są instrumenty ubezpieczeniowe, których koszt i tak będzie wkalkulowany w cenę szczepionki.
Decyzja rządu, że nie chce szczepić przymusowo, jest niezrozumiała. Jest poważne zagrożenie, jest szczepionka, ale przymusu nie ma. Jak wspomnieliśmy, ustawa daje ku temu postawy, więc to wybór rządzących.
To prawda. Ale jest też inny sposób. Można powiedzieć, że szczepienia są dobrowolne, ale każdemu zaszczepionemu wydajemy elektroniczną kartę potwierdzającą szczepienie i wprowadzamy zasady, że pewne usługi odmrażamy tylko dla nich. Na przykład kina. Przymusu wtedy by nie było. I wszyscy byliby traktowani równo. Choć z pewnością, jeśli mówimy o swobodnym wyborze, to żaden wybór nie powinien wiązać się z dyskryminacją ani wykluczeniem. To właśnie jest powód, dla którego taki pomysł ma małe szanse.
Ale w tę stronę chyba zamierza iść rząd. Zapowiedziano już, że osoby zaszczepione będą zwolnione z niektórych obostrzeń.
Jest to jednak możliwe tylko wtedy, gdyby szczepienia były dostępne dla wszystkich, nie tylko wybranych. Mam wątpliwość co do zwolnienia z obowiązku noszenia maseczek osób zaszczepionych. Szczepionka nie sprawia, że wirus omija człowieka szerokim łukiem. Sprawia, że nie chorujemy lub chorujemy lekko. Uważam, że Polacy to ludzie rozsądni, choć o bardzo zróżnicowanych poglądach. Coś kształtuje nasze zdanie i z całą pewnością przekonanie do szczepień to kwestia wiedzy, autorytetów i uczciwego informowania. Wszystko to składa się na właściwą politykę informacyjną. To ją uważam za najlepsze narzędzie do propagowania szczepień. ©℗