Pracownik laboratorium badającego COVID-19 opowiada DGP o warunkach swojej pracy.
Przychodzi rozlana albo źle zapakowana próbka…
Takich jest większość.
Reklama
I co robicie?
Badamy. Gdybyśmy mieli wszystkie odrzucać, odsyłalibyśmy 80–90 proc. materiału, który do nas przyjeżdża. Idealnie zapakowanych, oznaczonych i pobranych próbek – czyli takich, które możemy wyjąć i od razu zacząć badania genetyczne – jest kilkanaście procent. Może jedna piąta, jak jest dobry dzień.

Reklama
A reszta?
Teoretycznie materiał pobrany na wymazówce (patyczku do pobierania wymazu – red.) powinien być zanurzony w specjalnym roztworze i zapakowany w trzech warstwach w specjalnych próbówkach. Każda powinna być podpisana i trzymana oddzielnie. A my dostajemy wiaderko na odpady medyczne wypchane po brzegi próbówkami. 40 sztuk w wiadrach, których dostajemy np. cztery, bo szpital chce sprawdzić 160 osób. Mocując się z otwarciem takiego pojemnika, boimy się, że coś wystrzeli, stłucze się, przetnie kombinezon i rękawiczki, i się zarazimy. Robimy to przez szybę wewnątrz komory laminarnej. Pole manewru mamy ograniczone. Obawa jest tym większa, że nas nie badają.
Jak to?
Prosiliśmy dyrekcję o regularne testy, ale odmówili. Nawet myśleliśmy, żeby sobie sami pobierać i badać, w końcu robimy kilkaset testów dziennie, a mamy rodziny i spędzamy w jednym pomieszczeniu z wirusem – choć chronieni – nawet po 10 godzin dziennie. Ale nie mielibyśmy tego jak odnotować. Poza systemem się nie da.
Dlaczego odmówili?
Kiedy zadaliśmy to pytanie przełożonym, zapadła martwa cisza. To tylko nasze przypuszczenia, ale polecenie pewnie przyszło z góry. Chodzi o to, by nie doszło do wyłączenia laboratorium z pracy, tak jak w Państwowym Zakładzie Higieny. Tam jedna z osób zachorowała, co oznaczało kwarantannę dla wielu pracowników, w efekcie placówka zawiesiła pracę na jakiś czas. Wiemy, jakim wysiłkiem stworzono nasze laboratorium: na terenie szpitala, z pracowników naukowych ściąganych z różnych uczelni i instytutów naukowych, a także sprzętu skanibalizowanego z uczelni i firm. Na szybko. Jakość badań jest wysoka, ale nie ma nas aż tak wielu. A próbki czekają.
Wracając do nich…
Wiaderka to jedna sprawa. Kolejna to np. odstający korek, bo ktoś nie przyciął wymazówki, więc wypchnęła zamknięcie i się rozlała. Zdarza się, że wszystko pływa w wymazie, o którym nie wiemy, czy jest od pacjenta pozytywnego czy negatywnego. Wtedy wsadzamy wszystkie próbki na 30 minut do pieca nagrzanego do 65 stopni, dezaktywujemy wirusa i badamy.
Wirus może się dostać do innych próbówek.
Z epidemiologicznego punktu widzenia lepszy jest wynik fałszywie pozytywny niż fałszywie negatywny. W tym ostatnim przypadku puścilibyśmy wolno kogoś, kto zaraża. Jednak jest to mało prawdopodobne. Większym problemem jest to, że czasem materiału w ogóle nie ma.
Czyli?
Nie ma śladu ludzkiego DNA. O takich próbkach mówimy, że to te z zębów. Materiał trzeba umieć pobrać. Najlepiej przez nos. To mało przyjemne dla chorego, ale za to wiadomo, że gdyby miał COVID-19, to jest 90 proc. prawdopodobieństwa, że znajdzie się w tym materiale. Wiele próbek jest z gardła i tu skuteczność spada do 50 proc. Ale niektórzy pobierają tak, że nie ma nic. Wtedy odsyłamy do ponownego pobrania.
Ile jest takich sytuacji?
Kilka procent. Raz dostaliśmy 50 próbek, wszystkie pozytywne. Poprosiliśmy, żeby jeszcze raz zrobili wymazy. Wyszło to samo. Potem się okazało, że to był dom pomocy społecznej.
Nie badają was, ale macie sprzęt ochronny?
Jesteśmy dobrze chronieni. Choć i z tym jest niezła zabawa. Przychodzą np. materiały z Chin. Jakość pierwsza klasa, lepsze od amerykańskich. Ale chińska L nie jest dla Polaków. Dziewczyny wchodzą w te kombinezony bez problemu. Jeśli ktoś z facetów ma poniżej 1,75 cm, to się wciśnie. Ale nie wszyscy jesteśmy drobni. Na początku była trochę partyzantka, nie mieliśmy dopasowanego sprzętu, a ponieważ nacisk był duży, żeby natychmiast zaczynać, dali nam kombinezony do pracy na zewnątrz. Nie przepuszczały nic, nie tylko wirusa, ale nawet odrobiny powietrza, więc po 8–9 godzinach zdarzało się, że z samych onuc wylewałem butelkę potu. Ale to było kilka dni. Teraz mamy sprzęt z każdej strony świata – i kto pierwszy, ten lepszy. Bo np. gogle goglom nierówne, a czasem siedzimy po 10 godzin i potem mamy bąble na nosie. Przebijamy je i następnego dnia zakładamy gogle znowu.
Ile testów dziennie robicie?
Od 500 do 700.
To dlaczego mówi się, że robimy ich za mało?
Przesyłają je falowo, więc pewnie brakuje ludzi do pobierania materiału. W Wielkanoc przyszło ewidentnie mniej. My pracujemy sprawnie, bo samo badanie nie trwa długo. Oprócz tego, że trochę zajmuje jego przygotowanie. Zapycha się na dalszym etapie. Przy rejestracji. Często jest kłopot z podpisami. A to nazwisko ktoś nabazgrał, a to PESEL jest niewyraźnie zapisany. Wtedy trzeba dzwonić do szpitala czy innej placówki, która dostarczyła próbkę, by ustalić stan faktyczny. A to wcale nie jest takie proste. Trzeba być precyzyjnym, bo jedna cyferka i COVID-19 – oczywiście w papierach – będzie miał inny chory.
Dane rozmówcy do wiadomości redakcji.