- Na liście leków zagrożonych brakiem dostępności w Polsce jest znacznie więcej produktów niż tych, których rzeczywiście jest deficyt - mówi w wywiadzie dla DGP Jörg Geller, szef Affordable Medicines For Europe, zajmującej się importem równoległym leków.
Jörg Geller, fot. Esther Jansen/Materialy prasowe / DGP
Eksperci od rynku farmaceutycznego twierdzą, że epidemia koronawirusa w Chinach może spowodować kłopoty z dostarczaniem substancji czynnych do produkcji leków. Czy rzeczywiście istnieje takie ryzyko?
Reklama
Nadal czekamy na informację od chińskich oficjeli w tej sprawie. Z kolei niemiecki rząd próbuje ocenić, jaka część produkcji substancji czynnych odbywa się w regionach dotkniętych epidemią koronawirusa. Musimy mieć świadomość, że jeżeli dojdzie do przerw w produkcji surowców, to zasoby magazynowe będą sprzedane w pierwszej kolejności na najbardziej lukratywny rynek. Nie ma co ukrywać, że w praktyce będą to Stany Zjednoczone. To kolejny przykład pokazujący, jak niebezpieczne jest uzależnienie produkcji leków od dostaw surowców z niewielkiej liczby fabryk z jednego kraju.
Dlaczego tak bardzo uzależniliśmy się od dostaw z Chin?

Reklama
Bo przede wszystkim producenci wytwarzający leki generyczne (zamienniki oryginalnych – red.) chcieli obniżać koszty po tym, jak państwa członkowskie usilnie dążyły do obniżania cen medykamentów. Dlatego też postanowiono przenieść większość produkcji z Europy do Chin, Indii i Izraela. W praktyce jednak nawet Indie korzystają z usług Chińczyków. I tak Państwo Środka stało się głównym źródłem surowców do produkcji leków dla całego świata.
W jaki sposób można rozwiązać ten problem?
W pierwszej kolejności powinno się podwyższyć ceny leków generycznych. Jeżeli bowiem ich wytwórcy nie będą mieli odpowiedniej zachęty finansowej, to nie zdecydują się na przeniesienie produkcji z powrotem do Europy. I – co ważne – decyzja o podniesieniu cen leków nie może być tymczasowa i trwać, dopóki problem z brakiem bezpieczeństwa dostaw surowców będzie się wydawał rozwiązany. Trzeba pamiętać, że zmiana kraju produkcji wymaga podniesienia kosztów sięgających miliardów dolarów. Wyobrażam sobie, że politycy z żadnego kraju członkowskiego nie będą chcieli podjąć decyzji o podniesieniu cen leków, jako że budżety krajowe na służbę zdrowia zawsze są mocno nadwyrężone. A zatem decyzja musi być podjęta na poziomie unijnym. Co więcej, trzeba również pilnie przemyśleć ceny antybiotyków. Bo potrzebujemy opracowywać nowe produkty. Tymczasem producenci nie chcą się tego podejmować, bo i po co? Nie w momencie, gdy za nowo opracowane antybiotyki otrzymywaliby takie same pieniądze, jak za te obecne już na rynku. Niestety musimy zapomnieć o tanich lekach. Oszczędności niosą za sobą zbyt duże zagrożenia dla pacjentów.
A co z zanieczyszczeniami NDMA, które znajdujemy w coraz większe liczbie leków? Czy możemy być pewni, że ta kwestia jest związana z jakością produkcji surowców w Chinach? Wielu wytwórców twierdzi, że jakość surowców z Chin wcale nie jest zła.
Kiedy cena staje się głównym kryterium przy produkcji leków, wówczas z czasem spada także ich jakość. I to żaden truizm – taką tezę postawiła amerykańska Agencja Żywności i Leków w ostatnim raporcie dotyczącym niedoborów medykamentów. Oczywiście zarówno USA, jak i UE okresowo kontrolują chińskie fabryki. Niemniej ostatnie przypadki zanieczyszczeń podają w wątpliwość stwierdzenie, że te kontrole były wystarczające.
Mówi się, że przenosiny produkcji surowców z Europy do Chin zaczęły się po kryzysie gospodarczym z 2008 r. Jak długo zająłby teraz powrót na Stary Kontynent?
Skoro producentom zajęło 12 lat, by przenieść się do Chin, to pewnie zajęłoby im drugie tyle, by to wszystko odkręcić.
To mało optymistyczna wizja. Wszak problemy z dostawami surowców mamy już dziś, a pacjenci muszą brać leki codziennie.
Ale jaka jest alternatywa? Możemy tylko działać możliwie szybko.
Obecnie w Polsce brakuje aż 386 leków. Dlaczego mamy tak poważny problem?
Na liście leków zagrożonych brakiem dostępności w Polsce jest znacznie więcej produktów, niż tych, których rzeczywiście jest deficyt. Przedstawiciele producentów lobbują za tym, aby leki trafiały na tę listę, albo wręcz sztucznie i celowo zaniżają ilość dostaw tych medykamentów do Polski, aby ich eksport był nielegalny. W waszym kraju nie ma bowiem obecnie jasnych kryteriów dotyczących tego, jaki lek powinien być uznany za deficytowy. Większość medykamentów rzeczywiście zagrożonych niedoborem to leki generyczne, które nie są interesujące dla eksporterów.
Twierdzi pan, że lista leków zagrożonych brakiem dostępności, publikowana przez Ministerstwo Zdrowia, jest błędna?
Tak. Zwłaszcza, gdy weźmie się pod uwagę wskazówki Komisji Europejskiej, które ostatnio zostały wysłane do austriackich władz. Te wskazówki jasno wskazują, w jakich sytuacjach leki nie powinny być dopuszczane do eksportu. Tymczasem polskie zasady w tym zakresie są zupełnie inne. Między innymi dlatego wasza lista leków deficytowych jest najdłuższa w całej Europie. W innych krajach na liście jest przeciętnie 20–30 leków.
Ale nie każdy kraj ma taki problem z nielegalnym wywozem leków jak Polska. Od wielu lat działa tu tzw. mafia lekowa. Poza tym przypominam, że UE zezwala na to, aby państwa członkowskie ustanowiły własne zasady z zakresu polityki bezpieczeństwa lekowego.
Jeśli chcecie trafnie ocenić kłopot niedoborów leków i właściwie przeanalizować skutki działania mafii lekowej, to musicie dokładnie wiedzieć, ilu medykamentów wam faktycznie brakuje. Większa transparentność przyniosłaby także inne korzyści – już dziś Polska jest najszybciej rozwijającym się rynkiem korzystającym z importu równoległego leków, czyli kupowania medykamentów w krajach, gdzie są one tańsze. Im lepszy przepływ produktów leczniczych w UE, tym więcej tanich leków Polska może nabyć w ramach wspomnianego importu równoległego.
Ale przecież leki w Polsce są tanie w porównaniu do innych krajów Europy. To jeden z powodów, dla których tak bardzo rozwinęła się działalność mafii lekowej.
W kwestii cen leków Polska absolutnie nie jest najtańszym krajem w Europie. Przykładowo Niemcy importują leki z wielu różnych miejsc i, co może być ciekawe, najlepszym źródłem jest Norwegia. Jest tam mnóstwo medykamentów, które są znacznie tańsze niż w Polsce. Pewnym zaskoczeniem może być też to, że największym źródłem pozyskiwania leków przez Polskę w ramach importu równoległego są Niemcy. A przecież Niemcy nie są uznawane za kraj z tanimi produktami.
O imporcie równoległym mówi się w Polsce bardzo niewiele.
I jest ku temu dobry powód. Nasza organizacja członkowska w Polsce jest – powiedzmy – dość nieśmiała. Obawia się bowiem, że import równoległy byłby uznany przez władze i dziennikarzy za zagrożenie dla producentów, hurtowni oraz aptek.
A tak nie jest? Jak by nie patrzeć, mamy na liście setki leków deficytowych. Ludzie obawiają się, że medykamenty będą im znikać z półek nie w wyniku nielegalnej działalności mafii lekowej, lecz z powodu legalnego importu równoległego.
Lista leków zagrożonych brakiem dostępności jest nieprawidłowa i dlatego nie wiecie, jak wyglądają fakty. Import i eksport to tak naprawdę dwie strony tego samego medalu. Polski minister zdrowia wydaje się uważać, że tylko import leków jest dobry. Ale jeśli Polska chce czerpać korzyści z importu europejskich leków, to Europa też musi mieć korzyści z polskiego rynku.