Polityka lekowa to jeden z najbardziej newralgicznych obszarów gospodarki. Politycy zajmujący się tą tematyką nie zagrzewają długo miejsca na stanowiskach. Często odchodzą w atmosferze skandalu i kontrowersji. Chodzi o rynek wart co najmniej 11 mld zł. Dla koncernów farmaceutycznych dostanie się do krwiobiegu pieniędzy publicznych to często być albo nie być na polskim rynku. Walka jest więc zacięta i nie obywa się bez ofiar. Oficjalny lobbing, naciski oddolne przez stowarzyszenia pacjentów, czarny PR – wszystkie chwyty dozwolone.
Ostateczne decyzje, za jakie leki będzie płacić państwo, podejmuje wiceminister zdrowia. I tak się składa, że do zmiany na kluczowym z punktu widzenia interesów publicznych stanowisku dochodzi regularnie.
W ubiegłym tygodniu z fotelem pożegnał się Marcin Czech. To kolejny urzędnik, który opuszcza resort po serii publikacji zarzucających mu prowadzenie niewłaściwej polityki refundacyjnej. Chodzi o proces negocjacji cen leków, które następnie są umieszczane na liście refundacyjnej. Obwinano go o to, że niektóre firmy otrzymywały preferencyjne warunki. Wiceminister tłumaczył to m.in. tym, że koncerny mogą trzymać w szachu ministerstwo, szczególnie jeżeli mają monopol na leczenie danego schorzenia. A wyrzucenie z refundacji jakiejś firmy mogłoby stanowić zagrożenie dla chorych. Nie nam rozstrzygać, czy doszło do złamania prawa, czy ktoś wykorzystywał wpływy – o tym niech decydują służby. Problem w tym, że kolejny minister odpowiedzialny za politykę refundacji opuszcza stanowisko nagle i pod przymusem.
Wcześniej za politykę lekową odpowiadał Krzysztof Łanda. Objął tekę wiceministra zdrowia, gdy resortowi przewodził minister Konstanty Radziwiłł. Szybko pojawiły się zarzuty o niejasne powiązania z przemysłem farmaceutycznym. W czerwcu 2016 r. koncern GlaxoSmithKline (GSK) opublikował raport, z którego wynikało, że fundacja Watch Health Care, której wcześniej przewodził minister Łanda (do 2015 r.), uzyskała od GSK 150 tys. zł. Wiceminister zarzuty odpierał. CBA sprawdzało oświadczenia majątkowe wiceministra. Konstanty Radziwiłł podjął decyzję o odsunięciu Łandy od prac nad listami refundacyjnymi i powierzył to zadanie Markowi Tombarkiewiczowi, innemu wiceministrowi. To również nie była dobra decyzja – jak mówiło się nieoficjalnie, Tombarkiewicz nie czuł się najlepiej z takim zakresem obowiązków, jego konikiem była idea wprowadzenia ustawy o jakości w ochronie zdrowia. Wcześniej, za czasów koalicji PO-PSL, gdy ministrem zdrowia był Bartosz Arłukowicz, doszło do afery związanej z wywozem leków. I choć nie było to oficjalną przyczyną odejścia ministra, to wielu komentatorów z tym wiązało jego dymisję.
Afery lekowe nie ominęły również pierwszego rządu PiS (2005–2007), na którego czele stał Jarosław Kaczyński. Wtedy w resorcie zdrowia za politykę lekową odpowiadał zaufany człowiek prezesa – Bolesław Piecha (obecnie europoseł). I w stosunku do niego też pojawiły się zarzuty korupcyjne. Poszło o wpisanie iwabradyny do wykazu leków refundowanych. W 2007 r. sprawę nagłośniły media, według których preparat miał się znaleźć na liście w wyniku nacisków przedstawicieli koncernu Servier (i to kilka godzin po spotkaniu z wiceministrem). Piecha zaprzeczał, w 2010 r. krakowska prokuratura umorzyła śledztwo.
Po wszystkich tych wydarzeniach każdy rząd reagował i deklarował konieczność zwiększania transparentności kontaktów urzędników z przemysłem farmaceutycznym. Wprowadzono rejestr odwiedzin osób z firm, potem spotkania nie mogły się odbywać sam na sam, z każdego przygotowywano protokoły. Kolejnym krokiem było uchwalenie ustawy refundacyjnej, która zrównywała ceny leków z dopłatami w całym kraju. Ustalanie ich przez komisje ekonomiczne w Ministerstwie Zdrowia miało ukrócić różnego rodzaju porozumienia między producentami leków a aptekami. To jednak oznaczało jeszcze większą odpowiedzialność resortu zdrowia za ceny leków i narażało ministerstwo na rosnącą presję ze strony przemysłu.
Dlaczego kolejnym rządom nie udało się stworzyć przejrzystych zasad, które wszelkiego rodzaju nieprawidłowości w polityce lekowej redukowałyby do minimum?
Na razie brak pomysłów, jak problem rozwiązać. Refundacja leków wpływa na całą gospodarkę, nie chodzi tylko o dostępność leków dla pacjentów. To również potężne pieniądze związane z rozwojem i inwestycjami w badania kliniczne. Wciąż również brakuje odpowiedzi, czy lepiej zapłacić więcej i wesprzeć rozwój firm (a więc pośrednio i gospodarki), czy też walczyć o niskie ceny dla pacjentów.
Kłopot polega na tym, że każde odejście kluczowego decydenta oznacza zachwianie rynku. Odchodzący wiceminister zostawił co prawda gotowy dokument „Polityka lekowa państwa”, ale już wdrażać będzie go kto inny. Nie udało się mu dokończyć zmiany w prawie farmaceutycznym. Od lat jest też poprawiana ustawa refundacyjna zawierająca liczne błędy. A doświadczenie pokazuje, że projekty zmian, które straciły swoich pomysłodawców, trafiają najczęściej na dno ministerialnej szuflady. Następcy przychodzą z własną wizją, którą jednak… rzadko mają szansę zrealizować.