Od Nowego Roku obowiązują nowe normy zatrudnienia pielęgniarek (patrz: infografika). Ich spełnienie jest jednym z warunków zawarcia kontraktu z NFZ. Jeszcze przed ich wprowadzeniem dyrektorzy szpitali zapowiadali, że będą musieli redukować łóżka na oddziałach, ponieważ nie będą w stanie znaleźć wystarczającej liczby pielęgniarek. Już pod koniec ubiegłego roku do wojewodów, którzy prowadzą rejestry podmiotów leczniczych i muszą takie zmiany zatwierdzać, zaczęły wpływać stosowne wnioski.

Zbyt małe obłożenie

Interna, ginekologia i położnictwo, neonatologia, pediatria – to oddziały, których najczęściej dotyczą redukcje. We wnioskach rzadko jako powód podawane są nowe normy, ale dyrektorzy nie ukrywają, że mają problem z zatrudnieniem dodatkowego personelu. – Pielęgniarek brakuje od kilkunastu do kilkudziesięciu w każdym szpitalu, poza nielicznymi – mówi Józef Kurek, prezes Związku Szpitali Powiatowych Województwa Śląskiego (ZSPWŚ) i dyrektor szpitala wielospecjalistycznego w Jaworznie.

Sylwia Jurgiel, rzeczniczka wojewody dolnośląskiego, przyznaje, że w efekcie wprowadzenia norm może dojść do utrudnień w zapewnieniu dostępności do świadczeń w niektórych specjalnościach. – Podkreślam jednak, że urząd nie odnotował wyjątkowo zwiększonej liczby wniosków od podmiotów leczniczych o wpis do zmian w rejestrze. W ostatnim kwartale 2018 r. w sprawie zmniejszenia liczby łóżek wpłynęło ich 11. W związku z wprowadzeniem norm na chwilę obecną wniosek złożył tylko jeden podmiot – informuje.

W woj. łódzkim 32 z 43 placówek zgłosiły, iż w przypadku niezatrudnienia pielęgniarek planowana jest redukcja miejsc. Do wojewody wpłynęło 10 wniosków dotyczących zmniejszenia liczby łóżek – łącznie o 402. Z kolei 232 łóżka na 44 oddziałach szpitalnych planuje się zlikwidować w woj. lubelskim. O 339 zmniejszyła się liczba miejsc w szpitalach na Podkarpaciu. Ogółem 100 łóżek (w tym 14 dla noworodków) ma zostać zlikwidowanych na terenie woj. lubuskiego, co stanowi ok. 1,7 proc. miejsc w całodobowych oddziałach szpitalnych. W większości województw nie ma natomiast wniosków o likwidację lub przemianowywanie oddziałów.

Rozpatrując wnioski, wojewodowie posiłkują się opiniami oddziałów wojewódzkich NFZ oraz konsultantów wojewódzkich w poszczególnych dziedzinach medycyny. Mają świadomość, że może to powodować niedogodności dla pacjentów. – W chwili obecnej nie można dokonać oceny, jaki wpływ na poziom zabezpieczenia medycznego będą miały te zmiany. Tego rodzaju oceny wymagają dłuższej perspektywy. Zmniejszenie liczby łóżek szpitalnych może wydłużyć czas oczekiwania na przyjęcie pacjentów stabilnych wyłącznie w oddziałach, w których obłożenie jest 100-procentowe lub blisko 100 proc. Nie będzie ono natomiast miało wpływu na przyjęcia pacjentów w oddziałach, które dotychczas i tak miały niskie obłożenie – podkreśla dr Jakub Koper, asystent polityczny wojewody lubelskiego.

Obłożenie jest tu słowem kluczem. Większość dyrektorów podaje jako powód małe wykorzystanie łóżek. To zwiększa bowiem szanse na pozytywne rozpatrzenie wniosku.

Przykładowo w woj. warmińsko-mazurskim szpital powiatowy w Bartoszycach wnioskował redukcję łóżek na oddziale noworodkowym, gdzie obłożenie wynosiło 32 proc. Powiatowy Zespół Opieki Zdrowotnej w Ostródzie chciał zlikwidować miejsca na oddziałach, gdzie są wykorzystywane na poziomie 60–70 proc., a na oddziale neonatologicznym na poziomie 40 proc. Szpital w Biskupcu uzasadniał swój wniosek wykorzystaniem łóżek w 28 proc. na oddziale noworodkowym, 35 proc. pediatrii i alergologii, 59 proc. na ginekologiczno-położniczym do maksymalnie 58 proc. na pozostałych oddziałach.

Józef Kurek podkreśla jednak, że statystyki nie oddają rzeczywistej sytuacji w szpitalach. – Służba zdrowia to nie jest produkcja gwoździ. Pacjenci nie chorują pod dyktando ministerstwa. Raz jest ich na oddziale 30, raz jest dwóch. Zależy to m.in. od pory roku. Trudno przewidzieć obłożenie, bo ponad połowa chorych trafia do nas w ramach ostrych przyjęć – podkreśla. I dodaje, że optymalne wykorzystanie, ze względu na normy sanitarne, to ok. 80 proc. – To znaczy, że łóżko jest stale zajęte. Trzeba je umyć, zdezynfekować salę. Średni pobyt pacjenta u mnie to pięć dni, a po każdym pobycie te procedury muszą być wykonane. 20 proc. wykorzystania łóżek to właśnie obsługa sanitarna – przekonuje.

Normy nie mogą być pretekstem

Resort już przed wprowadzeniem norm zatrudnienia twierdził, że mogą one stać się pretekstem do przeanalizowania, jak łóżka są wykorzystywane, i likwidacji tych o zbyt małym obłożeniu. Zapowiada jednak, że nie może to być główną przyczyną redukcji.

Wiceminister zdrowia Józefa Szczurek-Żelazko przyznaje, że ministerstwo zbiera dane od wojewodów i stara się analizować każdy przypadek. I podtrzymuje stanowisko, że nie ma możliwości, żeby były likwidowane łóżka tylko z powodu niezapewnienia odpowiedniej liczby personelu. Nawet jeśli dyrektorzy szpitali takiej przyczyny nie podają, ale wojewoda lub ministerstwo dopatrzy się, że jest to bezpośredni powód, szpital nie otrzyma zgody na taki krok.

Z drugiej strony resort zdrowia uważa, że jeżeli do tej pory dyrektorzy utrzymywali sztucznie zbyt dużą liczbę łóżek, to nie ma powodów, żeby w tej sytuacji jej nie ograniczyć. Zwłaszcza że od dawna mówi się, że w Polsce miejsc w szpitalach jest za dużo.

Eksperci podkreślają jednak, że powinno to przebiegać systemowo. Marek Wójcik ze Związku Powiatów Polskich przekonuje, że łóżka należy redukować tam, gdzie są naprawdę niepotrzebne, a nie tam, gdzie są największe problemy z personelem. Tymczasem wprowadzenie norm doprowadzi do samoistnej, ale przypadkowej likwidacji. Istnieje też ryzyko, że pod tym pretekstem dyrektorzy będą chcieli likwidować miejsca niedochodowe, ale potrzebne. Takim oddziałem jest np. interna.