Pomysł wysyłania uzależnionych przez sąd na przymusowe leczenie powstał w latach 50. Teraz rząd chce się z tego wycofać.
Obecnie podstawą do wydania orzeczenia sądowego o przymusowym leczeniu są opinie biegłych psychiatry i psychologa. Na badania osobę uzależnioną kieruje gminna komisja rozwiązywania problemów alkoholowych. Może to zrobić, jeśli stwierdzi, że doszło do rozkładu życia rodzinnego, demoralizacji małoletnich, osoba uzależniona uchyla się od pracy lub też dochodzi do systematycznego zakłócania spokoju lub porządku publicznego.
Dziennik Gazeta Prawna
Reklama
Zdaniem resortów zdrowia oraz sprawiedliwości, które chcą zmienić przepisy, to rozwiązanie mało skuteczne. – Od momentu skierowania na przymusowe leczenie do przyjęcia do ośrodka mijają średnio dwa lata. Tak długi czas powoduje, że jest to procedura bez sensu. Często zdarza się też, że po zgłoszeniu się do placówki leczniczej pacjent odmawia podjęcia terapii. To nieskuteczne rozwiązanie, bezsensownie obciążające pracą sądy i szpitale – tłumaczy wiceminister zdrowia Marek Król.
Także z analiz wynika, że system przymusowego leczenia alkoholików nie działa. Wpływ na to, oprócz długiego czasu oczekiwania oraz braku motywacji ze strony pacjentów, ma także brak kompleksowej opieki po zakończeniu leczenia.

Reklama
Ze statystyk wynika, że większość (62 proc.) skierowanych na terapię pacjentów ogóle się na nią nie stawia. Połowę musi przyprowadzać policja. Natomiast prawie jedna trzecia przyjętych nie kończy terapii. W efekcie połowa zobowiązanych do leczenia jest kierowana na nią przez sądy wielokrotnie. Ostateczny efekt: zaledwie 2 proc. skierowanych, którzy ukończyli terapię na poziomie podstawowym, podjęło wysiłek jej kontynuowania.
Poza tym, jak zauważyła Najwyższa Izba Kontroli (w kontroli z 2016 r.), obserwacje kliniczne pokazują, że osoby skierowane przymusowo na leczenie odwykowe częściej i szybciej wracają po jego ukończeniu do picia niż te, które terapię podjęły dobrowolnie.
Także Państwowa Agencja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych skłania się ku temu, aby odejść od przymusowej terapii. – Przez to zwolni się w ośrodkach 20 proc. łóżek, które z mocy prawa muszą być zarezerwowane dla przymusowych pacjentów, nawet jeśli ci z nich nie korzystają. Powinno to zmniejszyć kolejki dla tych, którzy chcą leczyć się dobrowolnie – zauważa Krzysztof Brzózka, dyrektor PARPA.
Na zniesieniu przymusowego leczenia najbardziej zależy Ministerstwu Sprawiedliwości. Odciążyłoby to sędziów, którzy będą mogli więcej czasu poświęcić na rozwiązywanie innych spraw. W 2016 r. w toku było ponad 44 tys. spraw o zobowiązanie do leczenia odwykowego.
Kolejna rzecz to ta, że te postępowania są obciążeniem finansowym dla budżetu. Prócz leczenia i ewentualnego doprowadzenia na nie, trzeba ponieść jeszcze koszty obsługi sądu i pracy sędziów. Do tego dochodzi opłacenie w każdej sprawie opinii dwóch biegłych: psychologa i psychiatry. Zdaniem MS rozsądniejsze byłoby przeznaczenie tych środków na profilaktykę.
Pracownicy socjalni, doświadczeni w pracy z rodzinami wprawdzie przyznają, że przymusowe leczenie jest niezbyt skuteczne, ale mają obawy, czy jego zniesienie jest słuszne. Bo jeśli uda się dzięki niemu pomóc choćby kilku procentom uzależnionych i ich rodzinom, to już jest sukces. Nie ma dobrej alternatywy dla leczenia przymusowego, więc ci oporni uzależnieni nie otrzymają żadnej pomocy. Więc tak naprawdę sytuacja ich oraz ich bliskich ulegnie pogorszeniu.
– Przymusowe leczenie to czasem jedyna nadzieja dla rodzin na uwolnienie się od osoby uzależnionej. Zwłaszcza w mniejszej miejscowości, gdzie wszyscy się znają, proszenie o pomoc jest szczególnie trudne. Takie rodziny obawiają się, że będą stygmatyzowane. Dlatego na nowym pomyśle to one mogą najbardziej stracić – uważa Elżbieta Michalak, zastępca przewodniczącego Gminnej Komisji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych w Długosiodle (woj. mazowieckie).
Jeden z pracowników socjalnych przekonuje, że czasami przymus działa, ale wszystko opiera się na osobistej motywacji do zerwania z nałogiem. – Jeżeli ktoś jej nie ma, to po odbyciu leczenia i tak będzie pił. Jednak kłopot jest głębszy: system jest do bani, bo żeby pomóc alkoholikowi, samo jego leczenie nie wystarczy. Cała rodzina powinna być objęta pomocą specjalistów – mówi rozmówca DGP.
Autorzy projektu nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu alkoholizmowi przekonują, że chcą nie tylko zlikwidować przymus, ale także wzmocnić opiekę nad rodzinami z problemem alkoholowym. Zamierzają skupić się na działaniach o charakterze konsultacyjno-informacyjnym. Taka pomoc już jest oferowana, ale na niewielką skalę. Według danych Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych w 2017 r. koszt funkcjonowania takiego punktu informacyjnego w przeliczeniu na mieszkańca wyniósł… 1,16 zł.
W 2016 r. Najwyższa Izba Kontroli, krytykując przymusowe leczenie, wskazywała kompleksowe rozwiązania o większej skuteczności.
Chodzi m.in. o zwiększenie dostępności pomocy terapeutycznej dla osób uzależnionych, chcących leczyć się dobrowolnie oraz dla rodzin z problemem alkoholowym. Drogą do tego miałoby być utworzenie ambulatoryjnych placówek leczenia uzależnień w miejscowościach oddalonych od większych ośrodków, w których funkcjonowałyby placówki leczenia uzależnień. W ślad za tym na poziomie powiatu powinno – zdaniem ekspertów NIK – dojść do utworzenia zespołu terapeutycznego, który zająłby się profesjonalnym motywowaniem do dobrowolnego leczenia. Poza tym wsparcie powinny otrzymać samorządowe i pozarządowe organizacje prowadzące zajęcia terapeutyczne. Natomiast rodzinom osób uzależnionych od alkoholu należy stworzyć możliwość znalezienia pomocy socjalnej, prawnej i psychologicznej w lokalnych ośrodkach.
62 proc. osób kierowanych na terapię w ogóle się na nią nie stawia