Od 2018 r. wszyscy obywatele mają mieć dostęp do opieki medycznej. Choć nie wiadomo, jak sfinansowany po tym, jak rząd wycofał się z pomysłu jednolitej daniny. Na razie, od 12 stycznia, również niezgłoszeni do ubezpieczenia będą mogli bezpłatnie leczyć się w podstawowej opiece zdrowotnej.
Rząd PiS postanowił zrealizować to, o czym dyskutowano od przynajmniej dekady, i dać prawo do leczenia wszystkim Polakom. Na początek u lekarza, pielęgniarki i położnej podstawowej opieki zdrowotnej, ponieważ to najtańsze dla NFZ. Kłopot w tym, że przepisy są dość skomplikowane. Z pomocy POZ skorzystać mogą za darmo tylko ci nieubezpieczeni, którzy zadeklarują, że prawo do leczenia mają (np. korzystają z pomocy społecznej). Fundusz umorzy też toczące się już postępowania dotyczące ściągnięcia kosztów udzielonych świadczeń od pacjentów, których nazwiska w systemie elektronicznej weryfikacji wyświetlają się na czerwono.
Reklama

Reklama
Warto jednak pamiętać, że jeśli lekarz na podstawie oświadczenia wypisze lek refundowany, zleci badanie lub wizytę u specjalisty – to koszty tych świadczeń Fundusz będzie próbował odzyskać. Chyba że pacjenci skorzystają z nowej furtki. Otóż wiele z osób niezgłoszonych do ubezpieczenia mogłoby mieć prawo do darmowego leczenia, ale ktoś nie dopełnił formalności. Od czwartku będzie to można robić z datą wsteczną – już po otrzymaniu pomocy.
Osoba, która skorzystała np. ze świadczeń szpitalnych, będzie mieć 30 dni od tego terminu lub też 30 dni od wszczęcia postępowania o zwrot kosztów przez NFZ na wsteczne zgłoszenie do ubezpieczenia. Warto więc sprawdzić uprawnienia, np. możliwość zgłoszenia do ubezpieczenia przez członka rodziny. – W Polsce mamy ponad 20 różnych tytułów ubezpieczenia zdrowotnego, np. pracowników, kobiet w ciąży, którym opiekę przyznaje konstytucja, bezrobotnych za których płacą urzędy pracy, rolników, mundurowych, studentów – wymienia Jakub Szulc, ekspert firmy doradczej EY i były wiceminister zdrowia.
– Każda placówka medyczna, która ma umowę na świadczenia opieki zdrowotnej z NFZ, w przypadku niepotwierdzenia w systemie eWUŚ uprawnień pacjenta do świadczeń powinna poinformować go o tym fakcie i przedstawić wynikającą z nowych przepisów możliwość „wstecznego” zgłoszenia – przypominają w komunikatach resort zdrowia i NFZ. Równocześnie podkreślają, że to rozwiązanie czasowe, bo od 2018 r. prawo do leczenia we wszystkich typach placówek ma dostać ogół obywateli. Tu jednak pojawiają się wątpliwości. Po pierwsze – nie upubliczniono nawet założeń tak dużej zmiany systemowej (związanej z likwidacją NFZ). Po drugie – nie wiadomo, skąd świadczenia te finansować, bo pieniędzy ze składek brakuje nawet na zaspokojenie potrzeb ubezpieczonych. Resort finansów w grudniu zrezygnował z prac nad tzw. jednolitą daniną, łączącą m.in. składkę zdrowotną, emerytalną i podatek PIT. Ponieważ świadczenia zdrowotne mają być od 2018 r. finansowane z budżetu, mówi się o zastąpieniu składki przez podatek zdrowotny. Nieco wyższy niż różnica między tym, co płacimy NFZ, a tym, co z tej składki odliczamy w PIT. – Zakładam, że po rezygnacji z koncepcji jednolitego podatku zbieranie składki pozostanie bez zmiany – mówi Jakub Szulc. Podkreśla, że o uprawnieniach obywatelskich do ochrony zdrowia mówi się od lat. Ale nie wprowadzano ich ze względu na dwa ryzyka: to, że prowadzący działalność nie będą odprowadzać składek, gdy będzie im brakować pieniędzy, oraz że Polacy z zagranicy, niepłacący tu podatków i składek, będą przyjeżdżać się leczyć.
– Jeśli miałbym doradzać rządowi, to proponowałbym po prostu ująć do tytułu ubezpieczenia zdrowotnego wszystkie dochody – mówi Tadeusz Jędrzejczyk, były prezes NFZ. Innym wariantem upowszechnienia dostępu mogłoby być obniżenie składki płaconej dobrowolnie przez dopłatę z gminy lub pomocy społecznej.