Podróż za jeden uśmiech? Niekoniecznie, ale nawet chcąc spędzić wakacje w wersji all inclusive, można zaoszczędzić nawet połowę kwoty, którą wzięłoby biuro podróży. A jeśli zrezygnujemy z luksusu, będzie jeszcze taniej
Rozwój siatki połączeń tanich linii lotniczych odbiera klientów biurom podróży. Polacy coraz chętniej sami wyszukują noclegi oraz atrakcje na drugim końcu świata i jadą tam na własną rękę.
Reklama

Reklama
Turystyka indywidualna będzie dalej dynamicznie się rozwijać – twierdzą eksperci. Powodów tego jest kilka. Pierwszym – najważniejszym – jest cena. – Planując urlop samemu, można mocno zaoszczędzić w stosunku do tego, co trzeba wydać, decydując się na wyjazd z biurem podróży – potwierdza Bartek Szaro, podróżnik, założyciel portalu ParagonZPodrozy.pl. I jako dowód podaje swój ostatni dwutygodniowy wyjazd do Islandii, który kosztował go zaledwie 1,5 tys. zł.
– To kilka razy mniej w porównaniu z ofertą touroperatorów. Oczywiście osiągnięcie tak niskiej ceny jest kwestią rezygnacji z pewnych standardów. Ale nie zawsze ma to miejsce – przyznaje Szaro.
Jest taniej, bo nie trzeba zapłacić prowizji touroperatorowi za pośrednictwo w organizacji wyjazdu. A ta wynosi ok. 15 proc., co oznacza przynajmniej kilkaset złotych narzutu od osoby.
– Nie jest to jednak zarobek na czysto dla biura. Z prowizji opłacane jest utrzymanie własnych salonów sprzedaży oraz zewnętrznych agentów, pośredniczących w sprzedaży oferty, którzy za swoją pracę otrzymują ok. 10 proc. od ceny imprezy – tłumaczy Marek Andryszak, prezes TUI Poland.
Drugim powodem jest oferowanie coraz większej liczby połączeń z największych lotnisk w kraju do najpopularniejszych kurortów turystycznych. Z Wizzair można polecieć na Kretę, Korfu, do Hiszpanii, na Maltę i do Bułgarii. Z kolei Ryanair proponuje loty na Kretę, Kos, Cypr, do Grecji do Salonik, do Hiszpanii, na Maltę i Majorkę. W połowie czerwca linia zadeklarowała, że od jesieni dodatkowo zacznie obsługiwać też połączenia z Wyspami Kanaryjskimi, w tym Gran Canarią, Palmą, Teneryfą i Fuerteventurą. Oprócz tych linii do popularnych kurortów lata też choćby Norwegian.
Tanie linie lotnicze oferują przy okazji możliwość wynajęcia na miejscu samochodu i zarezerwowania noclegu w hotelu – często tym samym, który proponują touroperatorzy.
Jak wyliczyła dla DGP firma TravelData, tygodniowa wycieczka z Itaką do hotelu czterogwiazdkowego Barcelo na Fuerteventurze w opcji all inclusive kosztuje dla dwóch osób dorosłych i jednego dziecka 9596 tys. zł. To o 4562 zł więcej niż wyjazd w tym samym terminie organizowany z udziałem Ryanaira. Z kolei z Neckermannem tygodniowy wyjazd all inclusive do czterogwiazdkowego hotelu Palmeras na Teneryfie dla dwóch osób dorosłych i dziecka kosztuje 12 591 zł. A samodzielnie zorganizowane wczasy do tego hotelu z przelotem Ryanair byłyby tańsze – według szacunków – o 3689 zł.
– Podróżowanie na własną rękę jest opłacalne zwłaszcza dla rodzin wielodzietnych. Wiele hoteli na świecie nie pobiera bowiem opłaty od dziecka za nocleg. W biurze natomiast, poza niektórymi promocjami, trzeba na ogół ponieść pewien koszt – wyjaśnia Jacek Dąbrowski, ekspert TravelData.
Dodaje, że taniej będzie, jeśli zaplanuje się indywidualny wyjazd z dużym wyprzedzeniem. Linie lotnicze kierują się bowiem jedną zasadą – im bliżej terminu wylotu, tym cena biletu jest wyższa.
– W okresie last minute lepiej zdać się więc na biuro podróży. Nie tylko z powodu cen, ale i dużo szerszej oferty w porównaniu z tą, którą na kilka dni przed terminem planowanej podróży proponują linie – podkreśla Andrzej Betlej z TravelData.
Biura podróży mają świadomość tego, że rośnie im pod bokiem poważny konkurent. Już w tym sezonie przekonały się, że nie należy go lekceważyć. Z powodu dużego zainteresowania tanimi biletami na Majorkę po długim weekendzie majowym touroperatorzy musieli skonsolidować swoje loty, czyli zmniejszyć ich liczbę, a co za tym idzie dokonać cięć w programie imprez.
Marek Andryszak z TUI nie ukrywa, że zagrożone są zyski całej branży – biur podróży, linii czarterowych i rejsowych. A to dlatego, że na rynku przybywa podmiotów do podziału pieniędzy. W efekcie oznacza to mniejsze wpływy dla każdej z firm.
Eksperci podkreślają, że rozwiązanie problemu mogłaby przynieść współpraca biur podróży z tanimi liniami lotniczymi. Jednak, jak informują przedstawiciele touroperatorów, przewoźnicy na taki układ się nie godzą.
– Można przypuszczać, że biura podróży zaczną koncentrować się na kierunkach, których na razie tanie linie nie obsługują. Wśród nich są na pewno kraje egzotyczne, do których coraz chętniej Polacy podróżują, oraz Afryka Północna i Turcja – zauważa Andrzej Betlej.
Wzrost konkurencji, zwłaszcza na tych ostatnich kierunkach, oznacza zwiększenie ryzyka prowadzonej działalności. Szczególnie dla mniejszych podmiotów, które zostaną zmuszone do obniżki cen.
– Do tego prawdopodobne jest, że w 2015 r. lub 2016 r. powtórzyć się może sytuacja, do której doszło na naszym rynku po arabskiej wiośnie. Późniejsze odrodzenie się turystyki w regionie Afryki spowodowało wysyp nowych biur. Obniżały ceny w walce o klienta, czego efektem była lawina bankructw. W najbliższych latach na skutek ponownego stabilizowania się sytuacji w tym regionie oczekiwane jest właśnie odrodzenie się ruchu turystycznego – tłumaczy Andrzej Betlej.
Przeciwnicy tej teorii tłumaczą, że w tej chwili trudniej jest założyć własne biuro podróży. Nowo powstałe musi posiadać gwarancję ubezpieczeniową w wysokości 250 tys. euro, czyli kilka razy wyższą niż przed rokiem.

Tanie linie lotnicze otwierają nowe połączenia do znanych kurortów