Alpejskie kurorty miały być alternatywą dla krajowych działających w ograniczonym zakresie. W tym roku już nie będą, bo nie działają albo nie jesteśmy tam mile widziani. A w przyszłym? – to się okaże.
Do końca roku trudno liczyć na możliwość wyjechania na narty za granicę. Otwarte są ośrodki w Szwajcarii oraz na Słowacji, ale państwa te wymagają od turystów negatywnego testu na koronawirusa. Reszta kurortów nie wznowiła działalności mimo wcześniejszych szumnych zapowiedzi. Ma to zrobić dopiero w przyszłym roku, i to też nie od razu. Nie wiadomo też, na ile zostaną poluzowane restrykcje dla Polaków, którzy na razie nie są tam mile widziani.
– Jeśli ograniczenia pozostaną, to zagraniczne wyjazdy na narty mogą być tak samo teoretyczne, jak krajowe wypady z noclegiem w górach – zauważa Jarosław Kałucki, ekspert narciarski portalu Travelplanet.pl.
Reklama
Tym samym obawa o odpłynięcie polskich narciarzy do ośrodków poza Polskę nie potwierdzi się. Zdaniem ekspertów nie było o tym mowy od samego początku. Niezależnie od tego, czy mówimy o wyjazdach organizowanych przez biuro, czy na własną rękę.
– Sprzedaż jest gorsza grubo ponad połowę od ubiegłorocznej – wyjaśnia Jarosław Kałucki.

Reklama
Dotychczas na zorganizowane z biurem narty wyjeżdżało ok. 70–80 tys. klientów rocznie. Przez pandemię biura realizują ok. 20 proc. swojej ubiegłorocznej sprzedaży. Co oznacza, że w tym roku chętnych na narty z biurem może być kilkanaście tysięcy. A i tak w ostatnich dniach realizacja planów w tym zakresie stanęła pod znakiem zapytania. Głównie przez informacje z Włoch, które wprowadziły od 10 grudnia testy i kwarantannę dla Polaków.
– To oznacza, że wyjazdy na narty do Włoch się nie odbędą. To dla nas zła wiadomość, bo o ten właśnie kierunek i Andorę była oparta nasza oferta. Specjalizujemy się w kierunkach lotniczych – tłumaczy Maciej Szczechura, doradcą zarządu Rainbow.
Sprzedaż stanęła też w TUI, które z kolei proponuje narty, ale z dojazdem własnym. – W zasadzie spisujemy ten sezon na straty. Sprzedaż niemal zupełnie zamarła. Rezerwacje są sporadyczne – mówi Marcin Dymnicki, dyrektor generalny TUI Poland.
Podobna sytuacja jest w innych biurach.
– Grudzień to miesiąc stracony dla narciarzy. Styczeń też, bo nie wiadomo, jak rozwinie się sytuacja. W lutym nie robiliśmy rezerwacji, bo to drogi sezon za granicą i mało kto z Polski w tym czasie jeździ. Cała nadzieja w marcu, kwietniu i maju. Klienci dzwonią, pytają, ale rezerwują bardzo rzadko. Wolą zaczekać – mówi pracownik spółki SilesiaTravel, specjalizującej się w organizacji wyjazdów narciarsko-snowboardowych.
Biura podróży nie dają jednak za wygraną. Rainbow na dniach planuje rozszerzyć ofertę o wyjazdy na własną rękę, głównie do Austrii, która ma szanse jako pierwsza otworzyć swoje ośrodki.
– W odpowiedzi na restrykcje w Alpach uruchamiamy od końca grudnia wyjazdy na narty do Turcji. Proponujemy skipass w cenie, co jest atrakcyjną alternatywą do europejskich ośrodków, w których trzeba za niego zapłacić kilkaset złotych od osoby. Mamy miejsce dla 3–4 tys. osób – mówi Piotr Henicz, wiceprezes Itaki.
Na kilkaset tysięcy, spośród ok. 4 mln narciarzy w Polsce, szacuje się liczbę tych, którzy zwykle samodzielnie wyprawiają się na stoki poza naszym krajem. Wygląda na to, że i oni w tym roku mają mocno ograniczone możliwości. Nie bardzo jest gdzie wyjechać, a w dodatku lepiej tego nie robić ze względów sanitarnych i w obawie przed kwarantanną w momencie powrotu. Choć sezon za pasem, nie ma żadnych problemów ze znalezieniem na popularnych, nie tylko polskich, lecz także zagranicznych portalach rezerwacyjnych noclegów blisko wyciągów, do tego w atrakcyjnej cenie.
– Dopóki sytuacja się nie wyjaśni, nie będzie wiadomo, gdzie i na jakich warunkach można korzystać z zagranicznych ośrodków narciarskich, Polacy będą wstrzymywać się z decyzją. Nikt nie chce dziś ryzykować – uważa Andrzej Betlej, analityk Instytutu Badań Rynku Turystycznego Traveldata. – W tym roku polscy narciarze albo zostaną w domu, albo pojadą do Białki Tatrzańskiej na osiem godzin i wrócą – dodaje.
Inny scenariusz to wyjazdy do ciepłych krajów. Biura przyznają, że liczba chętnych rośnie z każdym tygodniem i sprzedaje się wszystko z terminami przypadającymi na okres ferii. Popularne są kierunki, gdzie nie są wymagane testy, jak np. Zanzibar. Chętnych nie brakuje też na Meksyk, Dominikanę czy Egipt, gdzie można je szybko i tanio przeprowadzić.