W wakacje na drogach zginęło prawie 500 osób. Choć to o kilkanaście procent mniej niż przed rokiem, to z poprawianiem bezpieczeństwa wciąż idzie nam powoli.
Reklama
Według danych policji tegoroczny bilans ofiar śmiertelnych jak na razie zamknął się liczbą 482. – To na razie wstępne dane. Ta liczba może nieco wzrosnąć, bo wlicza się do niej tych, którzy umrą w ciągu 30 dni od wypadku. Dotąd liczba ofiar śmiertelnych jest o 18 proc. niższa niż w zeszłoroczne wakacje. Szacujemy, że po ostatecznym bilansie spadek zabitych wyniesie kilkanaście procent – mówi DGP komisarz Robert Opas z Komendy Głównej Policji. Dodaje, że w wakacje ponad 6200 osób zostało rannych, co też oznacza kilkunastoprocentowy spadek. Jak zaznacza, ruch na drogach w wakacje był porównywalny do tego sprzed roku. Potwierdzają to dane Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad, która mierzy automatycznie liczbę aut w ponad 30 punktach na drogach w całej Polsce. Wprawdzie na początku wakacji ruch samochodów osobowych był nieznacznie niższy niż przed rokiem, to bilans zrekompensowały wyższe liczby w sierpniu. Widać, że w sytuacji, kiedy niełatwo było spędzić wakacje za granicą, Polacy tłumnie wyruszyli nad nasze morze, nad jeziora czy w góry. Według danych z kontroli do 12,5 tys. wzrosła liczba odbieranych praw jazdy z powodu przekroczenia prędkości o 50 km/h w terenie zabudowanym. To skok o ponad 2 tys. w porównaniu do zeszłorocznych wakacji.
DGP
Komisarz Robert Opas przyznaje, że mimo pewnych spadków liczba wypadków z zabitymi i rannymi nikogo nie zadowala. Do tej pory w 2020 r. na drogach zginęły 1532 osoby.
– Na pewno przydałoby się więcej urządzeń do automatycznej kontroli prędkości. W tych krajach, gdzie jest ich dużo, na drogach jest bezpieczniej. Także Polacy, którzy wyjeżdżają za granicę, zdejmują nogę z gazu – zaznacza.
Eksperci i aktywiści zwracają uwagę, że w ostatnich miesiącach rząd stracił zapał do poprawy bezpieczeństwa na drogach. Tymczasem ta kwestia znalazła się w ubiegłorocznym exposé premiera Mateusza Morawieckiego. Zimą resort infrastruktury przedstawił pakiet zmian w prawie o ruchu drogowym, który zakładał wprowadzenie trzech nowości. Chodziło o przyznanie pierwszeństwa pieszym wchodzącym na przejście, zrównanie do 50 km/h limitu dozwolonej prędkości na terenie zabudowanym w ciągu dnia i w nocy (teraz w godz. 23‒5 można jechać 60 km/h) i konieczność odbierania prawa jazdy po przekroczeniu dozwolonej szybkości o 50 km/h także na terenie niezabudowanym. Resort w projekcie zapisał, że zmiany wejdą w życie 1 lipca. Nic z tego nie wyszło. Wiosną zakończyły się konsultacje publiczne, ale zmiany wciąż czekają, aż zajmie się nimi Rada Ministrów.
W sytuacji, kiedy propozycje resortu infrastruktury utknęły, podobny projekt zmian w prawie złożyła kilka dni temu do Sejmu posłanka Agnieszka Dziemianowicz-Bąk z Lewicy. Nie wiadomo jednak, czy posłowie się nimi zajmą. Już pod koniec 2019 r. projekt zmian w sprawie pierwszeństwa dla pieszych na przejściach zgłosiła Koalicja Obywatelska. Na wiosnę pojawiła się rządowa opinia, która negatywnie oceniła szczegółowe zapisy tego pomysłu.
Jak ujawnił DGP na początku wakacji, rząd pracuje zaś nad podwyższeniem taryfikatora mandatów. Niezmieniana od wielu lat jego maksymalna kwota, która teraz wynosi 500 zł, miałaby wzrosnąć nawet do 5 tys. zł. Wkrótce jednak przedstawiciele rządu przestraszyli się szumu, jaki powstał wokół tej propozycji przed wyborami i stwierdzili, że w tej kwestii nic jeszcze nie przesądzono.
Kuba Czajkowski ze stowarzyszenia Miasto Jest Nasze mówi, że po wyborach rząd wreszcie powinien przyjąć konkretne regulacje, które poprawiłyby bezpieczeństwo na drogach. – Do następnych wyborów zostały trzy lata. Teraz zmiany można wprowadzić bez wielkich emocji – zaznacza. Dodaje, że oprócz patrzenia na liczbę zabitych na drogach niezwykle ważna jest też liczba rannych. W tym przypadku statystyki też mogą zatrważać. W zeszłym roku 35 tys. osób zostało rannych na drogach, w tym 10,6 tys. poważnie. – To zaś wiąże się z gigantycznymi kosztami m.in. na rehabilitację. Często osoby po wypadkach stają się trwale niepełnosprawne i nie mogą pracować – dodaje Czajkowski.
Jak dotąd niewiele wynikło też z debaty z ekspertami i ministrem infrastruktury Andrzejem Adamczykiem, którą zimą organizowała Inspekcja Transportu Drogowego. Po niej pojawiły się m.in. zapowiedzi usprawnienia systemu egzekucji kar za przekroczenie prędkości. Choć 500 fotoradarów, którymi dysponuje ITD, zarejestrowało w 2019 r. 1,6 mln przekroczeń prędkości, to wystawieniem mandatu zakończyło się tylko 45 proc. spraw. Kierowcy wykorzystują luki w przepisach i nie przyznają się do winy. System wykroczeń miał być zastąpiony systemem administracyjnym, w którym właściciel auta musiałby najpóźniej w ciągu dwóch tygodni wskazać kierującego.
Monika Niżniak, rzeczniczka ITD, mówi DGP, że trwają jeszcze prace nad usprawnieniem zasad egzekucji kar. ‒ Chcemy, żeby te przepisy były skuteczne. Musimy jeszcze chwilę poczekać na końcowy kształt tych rozwiązań – zaznacza.
Inspekcja jest zaś w trakcie rozstrzygania przetargów na zakup 358 nowych fotoradarów. Tyle że w dużej mierze zastąpią one stare urządzenia. W nowych lokalizacjach pojawi się 100 maszyn. Wszystkie mają być zainstalowane do końca 2022 r.