Dyrektorzy generalni są zmuszeni do obniżania wymagań przy rekrutacji na stanowiska specjalistyczne w służbie cywilnej. Dodatkowo kandydatów kusi się ruchomym czasem rozpoczynania pracy i wiatą na rowery.

Administracja rządowa boryka się z coraz większym brakiem chętnych do pracy.

– Wciąż odnotowujemy spadek liczby kandydatów ubiegających się o pracę w stosunku do liczby miejsc – z 36 kandydatów na jedno miejsce w 2013 r. do zaledwie 5 w 2022 r. Równolegle rośnie średnia wieku członków korpusu. Jest coraz mniej mianowań, co spowalnia proces profesjonalizacji służby cywilnej – takie wnioski płyną z ubiegłorocznego sprawozdania Najwyższej Izby Kontroli na temat służby cywilnej.

Jak podkreśla NIK, członkowie korpusu odchodzą z powodu zbyt niskiego wynagrodzenia zasadniczego, przeciążenia pracą, nadmiaru obowiązków, pracy pod stałą presją. Zdaniem ekspertów młodzi ludzie nie chcieli pracować dla poprzedniej ekipy rządzącej. Dlatego też wiele konkursów pozostawało bez rozstrzygnięć. W 2022 r. więcej, bo 53,2 proc. naborów (w 2021 r. – 45,7 proc.), zakończyło się nieobsadzeniem stanowiska. Tegoroczne sprawozdanie szefa służby cywilnej za 2023 r., które pojawi się pod koniec marca 2024 r., raczej nie pokaże odwrotnej sytuacji. Działy kadr starają się więc uatrakcyjnić oferty pracy i kusić młodych ludzi pozapłacowymi rozwiązaniami.

Więcej naborów

Zgodnie z art. 6 ustawy z 21 listopada 2008 r. o służbie cywilnej (t.j. Dz.U. z 2022 r. poz. 1691 ze zm.) każdy ma prawo do informacji o wolnych stanowiskach pracy w służbie cywilnej, a nabór jest otwarty oraz konkurencyjny. Poza rekrutacją dyrektorów i zastępców. W przypadku tych stanowisk co prawda można organizować nabory, ale od wprowadzenia tych rozwiązań, czyli od stycznia 2016 r., z tego rozwiązania dyrektorzy generalni nie korzystają.

Z analizy DGP wynika, że po przejęciu władzy przez obecną ekipę 13 grudnia 2023 r. liczba ofert spadła do nieco ponad 200 tygodniowo. Dla porównania w poprzednich miesiącach było ich nawet czterokrotnie więcej. Po zmianie władzy w kancelarii premiera i innych urzędach dokonywano zmian organizacyjnych. W efekcie dochodziło też do likwidacji niektórych niepotrzebnych (według nowej władzy) stanowisk. Na skutek częściowej wymiany kadr zdecydowano o opublikowaniu nowych ofert pracy. I tak wczoraj było ich już 627 dla 253 urzędów w 143 miejscowościach. Braki kadrowe i niechęć młodych osób do pracy w tych instytucjach niemal zmusiły działy kadr do uatrakcyjnienia propozycji zatrudnienia.

– Rzeczywiście 10 lub 15 lat temu oferty pracy sprowadzały się do suchych informacji przewidzianych przez prawo, czyli podania niezbędnych wymagań, bez wchodzenia w szczegóły. Brak chętnych do pracy i niskie płace zmuszają urzędy do szukania innych, pozapłacowych zachęt. Inaczej administracji groziłby paraliż – mówi prof. Stefan Płażek, adwokat i adiunkt z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Pozapłacowe zachęty

Kandydaci są kuszeni ruchomym i indywidualnym rozkładem czasu pracy. Dodatkowo mogą częściowo wykonywać swoje obowiązki poza siedzibą urzędu (np. praca zdalna). Młode osoby próbuje się też zachęcać poprzez oferowanie zadaszonych pomieszczeń na rowery, karnetów na siłownię, dofinansowania do zakupu okularów, a nawet zakładową stołówką.

– Wiele z nich wynika bezpośrednio z przepisów, jak np. dofinansowanie do szkieł korekcyjnych, trzynastki, dodatek stażowy czy też nagroda jubileuszowa – zauważa dr Jakub Szmit, ekspert ds. administracji publicznej z Uniwersytetu Gdańskiego. – Dla młodych osób ważna jest informacja o możliwości pozostawienia roweru przed urzędem czy też pracy przez pewien czas z domu. W dalszym ciągu nie we wszystkich ofertach widnieje proponowane wynagrodzenie zasadnicze. To dopiero będzie obowiązkowe, jeśli zostanie uruchomiona elektroniczna platforma do przeprowadzania naboru urzędników – przypomina dr Jakub Szmit.

Brak chętnych do pracy w administracji rządowej zmusza też dyrektorów generalnych do obniżania wymagań. Urząd do Spraw Cudzoziemców w Warszawie swoją ofertę dla specjalisty reklamuje m.in. tym, że panuje tam miła i rodzinna atmosfera pracy. Co ciekawe, do ubiegania się o to stanowisko wystarczy, aby kandydat m.in. dobrze znał program Word i sytuację polityczno-społeczną na świecie. Ku zaskoczeniu wielu ekspertów na tym stanowisku nie jest wymagana znajomość języka angielskiego. Z kolei osoba, która wygra konkurs, będzie mogła przychodzić do pracy pomiędzy godz. 7 a 10. Wiele ofert sprowadza się do wymogu niekaralności i niewielkiego, często nieprzekraczającego roku doświadczenia zawodowego. Z kolei Urząd Transportu Kolejowego w Warszawie poszukuje specjalisty w wydziale obsługi prawnej i sądowej w departamencie obsługi prawnej. Tam, poza znajomością przepisów branżowych, są wymagane przede wszystkim półroczne doświadczenie po studiach prawniczych i znajomość pakietu MS Office.

– Wymagania jeszcze przed dekadą były często wyższe nawet wobec najniższych stanowisk, jakim jest np. referendarz, a obecnie podobne kryteria stosuje się przy rekrutacji na stanowiska przewidziane dla specjalistów – zauważa prof. Krzysztof Kiciński z Uniwersytetu Warszawskiego, były wiceprzewodniczący Rady Służby Cywilnej.

Według niego dzieje się tak z uwagi na brak chętnych do pracy w administracji.

– Na taką sytuację wpłynęło wiele czynników. Brak znaczących podwyżek i wzrost tylko płacy minimalnej sprawiły, że osoby na stanowiskach specjalistycznych zarabiają podobnie lub nieco więcej od osób, które z płacą minimalną rozpoczynają karierę w administracji rządowej. Dodatkowo wiele młodych osób nie chciało pracować w służbie cywilnej, która zajmowała się obsługą Zjednoczonej Prawicy – mówi Maria Janyska, posłanka KO i nowa przewodnicząca Rady Służby Publicznej. – Mam nadzieję, że 20 proc. tegorocznej podwyżki i zmiana podejścia do służby cywilnej poprzez gwarancję neutralności politycznej dla specjalistów sprawią, że sytuacja z poszukiwaniem specjalistów się polepszy – dodaje.

Eksperci zwracają uwagę na jeszcze jedno zjawisko.

– Obecnie mamy już ponad 73 proc. kobiet w służbie cywilnej, a jeszcze nie tak dawno było to 70 proc. Tam, gdzie zarobki są niskie, jak w administracji czy oświacie, więcej pojawia się kobiet, mimo że są one lepiej wykształcone od mężczyzn. W Europie panuje trend, aby w tego typu zawodach liczba pracujących mężczyzn i kobiet była do siebie zbliżona – wylicza prof. Jolanta Itrich-Drabarek z Uniwersytetu Warszawskiego, były członek Rady Służby Cywilnej. W jej ocenie obniżanie wymagań nie jest właściwym kierunkiem, ale dzięki systematycznemu zwiększaniu wynagrodzeń jest szansa, że sytuacja w służbie cywilnej może się nieco poprawić. ©℗

Coraz mniej kandydatów do pracy / Dziennik Gazeta Prawna - wydanie cyfrowe