Ilekroć rozmawiam z samorządowcami, zawsze narzekają na brak pieniędzy od rządu i zadania zlecone.
Coś w tym jest. Niestety pieniądze, które otrzymujemy na oświatę z budżetu centralnego, zwykle nie wystarczają na wydatki związane z wynagrodzeniami pracowników. W 2014 r. część oświatowa subwencji ogólnej w budżecie państwa ogółem stanowiła 13 proc., obecnie to mniej niż 10 proc. Najbardziej jednak boli mnie, gdy słyszę, że duże miasta mogą więcej dokładać do oświaty. A przecież uczą się w nich dzieci z małych miejscowości, z innych gmin, powiatów, a nawet województw, jeśli mówimy o kształceniu specjalnym.
Resort edukacji mówi, że samorządy mogą zwiększać pensje nauczycielom, bo mają do tego narzędzia. Dlaczego więc tego nie robicie?
Nawet gdybyśmy zdobyli się na taki wysiłek i podwyższyli pensje krakowskim nauczycielom, to ci z sąsiednich gmin odeszliby ze swoich szkół, bo te miejskie byłyby atrakcyjniejszym miejscem pracy. Wydrenowałoby kadrowo szkoły w gminach ościennych, a w konsekwencji pogłębiłoby się rozwarstwienie społeczne. Oferta edukacyjna powinna wszędzie być na takim samym, wysokim poziomie. To co skuteczne z perspektywy pojedynczej gminy, nie zawsze jest korzystnym rozwiązaniem w ujęciu systemowym, ale fakt - takie działanie punktowo poprawiłoby sytuację kadrową.
To chyba dobrze, bo nie mielibyście powodów do narzekania, że brakuje nauczycieli…
Mówiłam to raczej z perspektywy samorządowca niż wiceprezydenta Krakowa, w którym nie ma większych problemów kadrowych. Co roku wakaty stanowią ok. 6 proc. etatów pedagogicznych ogółem.