Chociaż mapa Polski jak co roku rozświetliła się czerwonymi i fioletowymi punktami, które alarmują o przekroczonych normach jakości powietrza, w większości przypadków wytwarzający smog mogą spać spokojnie. Tam, gdzie nie ma straży miejskich lub gminnych, mieszkańcy w praktyce nie mają możliwości skutecznego zgłoszenia interwencji. Trzy lata temu w całym kraju było 490 straży miejskich lub gminnych, czyli funkcjonowały one w co piątej gminie.
- Mieszkańcy mogą zgłaszać problem także w gminnym wydziale ochrony środowiska. Często jednak odchodzą z kwitkiem, bo urzędnicy zasłaniają się brakiem czasu i natłokiem innych spraw. Policja podobnie - mówi Piotr Siergiej z Polskiego Alarmu Smogowego.
Problem w tym, że nawet w tych miejscowościach, gdzie jest straż, trucie powietrza często uchodzi płazem. Dlaczego, skoro kontrole są? Rozpoczynają się z pierwszymi przymrozkami. W dodatku strażnicy posługują się coraz bardziej specjalistycznym sprzętem pomiarowym. W większości przypadków inspekcje kończą się jednak upomnieniem.
Grożenie palcem zamiast nakładania kar
W Rzeszowie w ubiegłym sezonie grzewczym (2020/2021) straż miejska podjęła 886 interwencji po zgłoszeniu przez mieszkańców lub na podstawie własnych obserwacji. Efekt? Pouczono 159 osób, a zaledwie cztery ukarano mandatami. Sporządzono też jeden wniosek o ukaranie do sądu.
- Straż miejska w Rzeszowie najwyraźniej nie ma świadomości tego, co unosi się z komina, gdy spalane są odpady. Niektóre z nich emitują te same gazy, które znajdowały się w gazach bojowych w czasie I wojny światowej - podkreśla Piotr Siergiej.
Na szczęście w Krakowie, który jest liderem w zmaganiach o czyste powietrze, statystyki dotyczące interwencji strażników przedstawiają się inaczej. W sezonie 2020/2021 funkcjonariusze skontrolowali 2249 domów. Ujawnili 94 wykroczenia, nałożyli 37 mandatów karnych, przygotowali 41 notatek pod wniosek o ukaranie do sądu, pouczyli 16 osób.
Warszawa jest pośrodku. Już w pierwszych dwóch tygodniach października przeprowadzono prawie 300 kontroli. Strażnicy nałożyli pięć mandatów za spalanie odpadów. W 10 przypadkach mieszkańcy otrzymali pouczenie (lub polecenie). W 2020 r. warszawscy strażnicy miejscy nałożyli 672 mandaty, pouczyli 910 mieszkańców i sporządzili dziewięć wniosków o ukaranie.
Brak pobłażania i wyższe mandaty
Jak surowa jest straż miejska w innych miejscowościach? Edmund Nowocień, komendant straży miejskiej w Radomiu, podkreśla, że w tym sezonie strażnicy przeprowadzili już 250 kontroli spalania odpadów. - Należy rozważyć podniesienie wysokości mandatów, bo obecnie zgodnie z taryfikatorem jest to maksymalnie 500 zł. Tymczasem w grę wchodzą nasze zdrowie i życie - zaznacza.
Nadzieję na restrykcyjne podejście do kwestii smogu dają działania Śląskiego Związku Gmin i Powiatów. W tym województwie 1 stycznia 2022 r. wchodzi w życie zakaz używania pozaklasowych kotłów i starszych niż 10 lat. Samorządowcy ustalili w ubiegłym tygodniu, że nie będzie pobłażania dla tych, którzy nie wymienili kopciuchów i nie podjęli w tym kierunku żadnych działań. Straże gminne i miejskie mają wystawiać mandaty.
Ratunkiem interwencje obywatelskie
Tam, gdzie nie ma straży gminnych ani miejskich, a działania lokalnych władz są nieskuteczne, lukę wypełniły organizacje społeczne. Mieszkańcy mogą zgłaszać przypadki trucia powietrza przez sąsiadów przez stronę www.karnykopciuch.pl. Zgłoszenia te przejmuje Fundacja 360! W marcu tego roku w efekcie zainicjowanego przez nią postępowania administracyjnego w sprawie negatywnego oddziaływania na środowisko wójt gminy Godów (powiat wodzisławski) nakazał mieszkańcowi usunięcie kopciucha.
- Obecnie toczy się 12 takich spraw - mówi Zdzisław Kuczma z Fundacji 360!
Gdy zgłoszenie trafia do fundacji, składa ona do odpowiedniego organu (w przypadku osoby fizycznej - do wójta, burmistrza, prezydenta miasta, w przypadku przedsiębiorcy - do starosty) wnioski o przesłuchanie świadków, dopuszczenie dowodów, opinii rzeczoznawcy dotyczącej kotła stosowanego w budynku i jego stanu technicznego. Chce też ustalenia, czy eksploatacja pieca nie zagraża życiu i mieniu.
- Z takiego wniosku organowi trudno się wymigać, bo ma on kluczowe znaczenie dla rozstrzygnięcia. Oznacza to, że musi przyjść biegły i sprawdzić kocioł - podkreśla Zdzisław Kuczma.
Fundacja wnosi także o dopuszczenie dowodu z pomiaru zanieczyszczeń podczas eksploatacji kotła. - Mamy przypadki, że postępowanie dotyczy nawet kilkudziesięciu stron, bo taki był zasięg emisji zanieczyszczeń - podkreśla ekolog.
Dodaje, że często jeszcze w trakcie postępowania niektórzy mieszkańcy truciciele decydują się na usunięcie kopciucha. ©℗
Połowa zgłoszonych do CEEB pieców to kopciuchy / Dziennik Gazeta Prawna - wydanie cyfrowe