Reklama
Marszałkowie konsultują właśnie z rządem Umowę Partnerstwa, w której zaplanowano, jak wydamy europejskie pieniądze na rozwój regionów w perspektywie finansowej do 2027 r. Na podział unijnego tortu pomiędzy 16 województw najbardziej narzekają Wielkopolska i Dolny Śląsk, które ze względu na stopień rozwoju dostaną mniej pieniędzy. Władze spodziewały się, że w tej perspektywie tak będzie, ale skala ubytku ich zaskoczyła. – W tej chwili mamy alokację na poziomie 300 euro na głowę mieszkańca, co w porównaniu z regionami na górze tabeli daje trzykrotnie mniej – podkreśla Marek Woźniak (PO), marszałek woj. wielkopolskiego. Zgodnie z projektem nowej Umowy Partnerstwa ten region ma otrzymać 1,07 mld euro (oraz dodatkowo na transformację energetyczną 387 mln euro), co oznacza 1 mld euro mniej w stosunku do lat 2014–2020.
A przecież – jak wskazuje wielkopolski marszałek – oba regiony co prawda doganiają unijną średnią, ale też są mocno zróżnicowane terytorialnie. Na przykład połowę dochodu woj. wielkopolskiego wypracowuje obszar metropolii poznańskiej. I chociaż nie ma tak dużych dysproporcji jak w woj. mazowieckim, z którego wydzielona jest Warszawa, to kontrast jest duży. – Nie oczekujemy, że dostaniemy tyle, ile wschodnie regiony, ale nie chcemy też, by to zaczęło działać jak hamulec rozwojowy. Jeśli dostaniemy niewielkie wsparcie, to może się okazać, że nasza przejściowość szybko się skończy, bo średnia europejska pójdzie w górę, a my pozostaniemy przy kwocie, którą teraz mamy, i wpadniemy z powrotem do kategorii regionów słabszych. Taki efekt tego „sprawiedliwego” podziału środków UE to byłaby katastrofa – uważa Marek Woźniak.
W walce wspiera go 107 samorządów zrzeszonych w Porozumieniu Sudety 2030. W piśmie do wiceminister funduszy i polityki regionalnej Małgorzaty Jarosińskiej-Jedynak mówią oni o „niesprawiedliwym” potraktowaniu Dolnego Śląska (region otrzyma o 61 proc. mniej niż obecnie, tj. 870 mln euro, ale dojdzie 556 mln euro na transformację energetyczną). Wskazują też, że wcześniej rząd zakładał powołanie Programu Ponadregionalnego 2020+, który mógłby zrekompensować straty dla takich województw jak dolnośląskie.
Resort funduszy i polityki regionalnej (MFiPR) odpowiada, że pieniądze zostały podzielone w oparciu o obiektywne kryteria takie jak liczba ludności, PKB na mieszkańca czy ubytek ludności.
Co do Programu Ponadregionalnego 2020+ MFiPR podaje, że rzeczywiście zrezygnowano z tej koncepcji, ale to efekt sprzeciwu… samorządów. – 18 czerwca 2020 r. Konwent Marszałków opowiedział się przeciw nowemu Programowi Ponadregionalnemu 2020+, uzasadniając, że wsparcie obszarów słabiej rozwiniętych to domena regionalnych programów operacyjnych – tłumaczy MFiPR.
Co więcej, resort podkreśla, że regiony będą mogły otrzymać więcej funduszy, bo do podziału pozostaje ponad 7,1 mld euro na wszystkie programy regionalne. – Środki te zostaną podzielone na województwa po negocjacjach kontraktu programowego. Jeśli marszałek przedstawi dobre inwestycje i dobrze je uargumentuje, ma szansę na dodatkowe środki – podkreśla MFiPR. W rezerwie pozostaje więc 25 proc. wszystkich środków dla regionów.
Ale Marek Woźniak uważa, że to budzi niepotrzebne napięcia, bo nie ma pewności, w jaki sposób reszta pieniędzy zostanie rozdysponowana i czy przypadkiem jedne województwa nie dostaną znacząco więcej, a drugie znacząco mniej.
Także regionalni włodarze związani z PiS chcieliby więcej. Marszałek woj. małopolskiego Witold Kozłowski w konsultacjach przekazał ministerstwu, że liczy na to, iż „w podziale ponad 7 mld euro z rezerwy na kontrakty programowe region będzie zajmował kluczowe miejsce”.
W stosunku do poprzedniej perspektywy również Małopolska otrzyma mniej. Na ten region ma być przeznaczone 1,54 mld euro (dodatkowo 247 mln na sprawiedliwą transformację). W minionej perspektywie do Małopolski trafiło 2,8 mld euro.
W rozmowie z DGP Witold Kozłowski podkreśla, że rozdysponowano dopiero pierwszą transzę. – Jest jeszcze rezerwa 7,1 mld euro. Będą prowadzone negocjacje, my mamy do nich przystąpić po 22 lutego – zauważa. Małopolski marszałek liczy również na inne źródła finansowania takie jak Krajowy Plan Odbudowy i program „Polska Wschodnia”. – Myślimy globalnie o wszystkich źródłach finansowania, a nie tylko o jednym. Jest szansa, że Małopolska otrzyma więcej i dojdzie do poziomu minionej perspektywy – dodaje.
Podczas gdy samorządowcy walczą o więcej pieniędzy dla ich regionów, do gry wkracza opozycja parlamentarna – i to nie tyle z uwagami do projektu Umowy Partnerstwa, ile z propozycją całkowitej rewolucji w systemie wdrażania unijnych funduszy w Polsce. Dotarliśmy do projektu ustawy o Agencji Spójności i Rozwoju (ASR), którą dziś przedstawią senatorowie związani z KO, PSL oraz niezależni.
Agencja miałaby decydować, jakim projektom przyznać dofinansowanie z krajowych programów operacyjnych oraz kontrolować wydatkowanie tych środków. Spod władztwa ASR wyłączone będą m.in. pieniądze dla rolników. Koncepcja nawiązuje m.in. do rozwiązań z Francji, gdzie funkcjonuje Krajowa Agencja Spójności i Rozwoju Terytoriów.
W skład rady ASR wejdą m.in. ministrowie, przedstawiciele samorządowców, osoby wskazane przez marszałków Sejmu i Senatu, a także prezydenta i prezesa NIK. Za udział w pracach rady jej członkom nie będzie przysługiwać wynagrodzenie, a jedynie zwrot uzasadnionych kosztów.
Obecny, zdecentralizowany system wdrażania eurofunduszy istnieje od kilkunastu lat i kolejne rządy, w tym PiS, korzystają z niego, dokonując co najwyżej jego korekt. Co więcej, jest on często wskazywany w Unii jako optymalny model, w przeciwieństwie np. do tego, który mają Węgrzy. Pytanie, czemu opozycja więc wychodzi z takim projektem.
– To, że u nas nie stworzono systemu kradzieży funduszy unijnych, nie oznacza, że nie należy mierzyć wysoko – mówi DGP senator KO Kazimierz Ujazdowski, współautor projektu ustawy. – Chcemy stworzyć jak najlepsze instytucje zarządcze w nadzwyczajnej sytuacji, jaką jest de facto podwójny budżet, który Polskę czeka w latach 2021–2027, bo oprócz środków z polityki spójności dojdzie fundusz odbudowy – dodaje.
Zaangażowany w prace nad projektem prof. Hubert Izdebski, prawnik i ekspert od samorządu terytorialnego, zapewnia, że nie chodzi o odbieranie kompetencji rządowi. – Rozwój jest sprawą narodową, rząd w tej sytuacji mógłby sobie sam nie poradzić. Nie mówimy o zabieraniu komuś kompetencji, lecz o nowym otwarciu – twierdzi.
Z kolei senator KO Zygmunt Frankiewicz podkreśla, że stworzenie ASR zmusi rząd i samorządy do większej współpracy. – Dzięki temu trochę zaszczepimy się też na chorobę, która nas ostatnio trapi, czyli braku transparentności i obiektywizmu w wydawaniu środków publicznych – wskazuje Frankiewicz.
Od polityków PiS słyszymy, że projekt nie jest jeszcze im znany, ale już na tym etapie budzi wątpliwości. – Samorządy już zarządzają ok. 40 proc. środków unijnych, więc ich udział jest duży. Poza tym jesteśmy w przededniu uruchomienia nowej perspektywy unijnej, więc nie wiem, czy nie za późno już na takie rewolucje – ocenia jeden z polityków partii rządzącej. ©℗