Upadłość generalnego wykonawcy odcinka autostrady A2 czy zaległości płatnicze wobec wykonawców stadionów piłkarskich na Euro 2012 mogą być zalążkiem fali poważnych problemów, które nas czekają w związku z realizacją dużych projektów infrastrukturalnych.

O tym, że skala przedsięwzięć przerosła możliwości realizujących je firm, mówią głośno już nawet sami przedstawiciele branży. – Środowisko jeszcze w tym roku spodziewa się spektakularnych zejść z placów budów, a potem ogłaszania upadłości kolejnych spółek – mówi otwarcie Wojciech Malusi, prezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Drogownictwa.

Same firmy sugerują, że ich kłopoty wynikają z coraz wyższych cen surowców i materiałów budowlanych, których nie przewidziały, startując w przetargach. Ale problemy z realizacją kontraktów „zawdzięczamy” także przepisom o zamówieniach publicznych, na podstawie których wybierany jest generalny wykonawca.

Wystarczy powiedzieć, że spółka DSS, realizująca do niedawna budowę odcinka autostrady A2 między Strykowem a Konotopą (w ubiegłym tygodniu zgłosiła wniosek o upadłość), była w kiepskiej kondycji finansowej jeszcze zanim przystąpiła do przetargu.

Wywiadownia gospodarcza Dun&Bradstreet twierdzi, że firma od 2006 roku systematycznie notowała straty finansowe, a tylko w 2011 roku wypracowała manko na poziomie blisko 70 mln zł. Mimo to wygrała publiczne zamówienie. Bo choć urzędnicy przy wyborze wykonawcy mogą brać pod uwagę jego doświadczenie, to w praktyce decydującym kryterium jest cena. Założenie jest proste – im taniej, tym lepiej.

– Ostatnie kryzysy związane z realizacją inwestycji potwierdzają zgubność takiego myślenia – ostrzegają przedstawiciele branży budowlanej. Ich zdaniem nadszedł czas, aby zmienić przepisy w zakresie przetargów publicznych. Wprowadzenie nowych kryteriów miałoby uchronić firmy przed bankructwami. – Byłoby po postu mniej „szalonych” ofert – mówi Dariusz Blocher, prezes Budimexu, który tylko na budowie 57-kilometrowego odcinka autostrady A4 przewiduje stratę 274 mln zł.

Dobrym rozwiązaniem, które przede wszystkim zagwarantowałoby ukończenie inwestycji, byłoby odrzucanie w przetargu ofert tańszych o 10 czy 20 proc. od tych ze średnią ceną. Tego typu rozwiązanie stosowane jest już w Niemczech. Tam przy wyborze wykonawcy wykreślana jest oferta najdroższa i najtańsza, a więc nie ma sensu stosowanie dumpingu cenowego.

W inny sposób z problemem niewypłacalności firm poradził sobie Bank Światowy, który współfinansuje wiele inwestycji infrastrukturalnych. Rozpatruje on wyłącznie oferty od firm, które w ostatnich trzech latach miały łączny roczny obrót przynajmniej 2,4-krotnie większy niż wartość kontraktu, o który się ubiegają. Do tego 60 proc. tych robót firma powinna wykonać własnymi siłami.

Dla porównania, w Polsce generalni wykonawcy realizują własnymi siłami niecałe 20 proc. prac. Resztę pozostawiają podwykonawcom o różnej reputacji.

Identyczne problemy, co na drogach, pojawiają się przy innych kluczowych inwestycjach związanych z Euro 2012. Problemy z wypłacalnością generalnego wykonawcy pojawiły się już na Stadionie Narodowym w Warszawie i arenie wrocławskiej. W pierwszym przypadku konieczne jest stworzenie konta powierniczego na rachunku generalnego wykonawcy – miałoby to zagwarantować wypłatę pieniędzy mniejszym firmom.

Z kolei w konflikt między głównym wykonawcą wrocławskiego stadionu, czyli firmą Max Boegl, a spółką Imtech odpowiadającą za prace elektryczne, zaangażowały się władze miasta. Wczoraj rozpoczęły się negocjacje w sprawie dalszych prac na obiekcie. Jednocześnie Max Boegl zamierza spotkać się z podwykonawcami Imtechu i namówić ich do bezpośredniej współpracy.

Wisienką na torcie jest fakt, że egzaminu nie zdał operator gdańskiego stadionu – jedynego, który do tej pory omijały skandale. Miasto zdecydowało się odebrać Lechii zarządzanie PGE Areną, zarzucając jej, że nie przygotowała nawet solidnego biznesplanu. – Możliwe, że przejmiemy zarządzanie obiektem już w połowie kwietnia – deklaruje Emilia Salach z miejskiego urzędu.