- Deglomeracja to sposób na zahamowanie utraty funkcji społeczno-gospodarczych w mniejszych miastach, zwalczenie depopulacji i bezrobocia - mówi w rozmowie z DGP Jakub Banaszek, prezydent Chełma związany z Porozumieniem Jarosława Gowina, jeden z liderów projektu Miasto Plus.
DGP
Porozumienie Jarosława Gowina dąży do tego, by projekt deglomeracji stał się postulatem całej Zjednoczonej Prawicy. Na czym ma ona polegać? Trybunał Konstytucyjny przeniesiemy np. do Piotrkowa Trybunalskiego, a jakiś ważny resort do Olsztyna?
Reklama
Naszym założeniem jest, by w mniejszych ośrodkach czy byłych miastach wojewódzkich powstawały przede wszystkim nowe jednostki, takie jak centra usług wspólnych czy oddziały i agendy instytucji już istniejących. W grę wchodzi też przenoszenie urzędów centralnych, ale tych, które w sposób komfortowy, bez zaburzenia obecnej struktury, mogą funkcjonować w innych ośrodkach niż Warszawa.
Na liście instytucji do przeniesienia ze stolicy przygotowanej przez Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii znajduje się 31 pozycji. Wśród nich m.in. Urząd Regulacji Energetyki, Urząd Zamówień Publicznych, Główny Urząd Nadzoru Budowlanego i Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości.

Reklama
Jest kilka raportów i każdy z nich określa inną liczbę podmiotów. Raport Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii wskazuje 31 instytucji, które mogą z powodzeniem funkcjonować w innych miastach. Nie są aż tak współzależne od innych, że muszą koniecznie działać w Warszawie. Ale to tylko wstęp do szerszej dyskusji. Chcemy pokazać, jak wiele instytucji zlokalizowanych jest dziś w jednym mieście i że można je przenieść gdzie indziej. W Polsce jest 107 urzędów centralnych, ale tylko 14 z nich jest zlokalizowanych poza Warszawą.
A co z ludźmi, którzy dziś tam pracują? Co, jeśli nie będą chcieli się przenieść w nowe miejsce?
Każde ryzyko trzeba brać pod uwagę. Co innego, gdy mówimy o nowych jednostkach, gdzie powstają miejsca pracy, a co innego urzędy centralne, które już funkcjonują w Warszawie. Trzeba się liczyć z tym, że pracownik nie chce pracować w innym mieście. Pytanie, czy nie należy wtedy wyłączać pewnych komórek organizacyjnych, np. instytucja zajmująca się przedsiębiorczością mogłaby z powodzeniem ulokować departament zajmujący się funduszami norweskimi poza Warszawą – choćby w Gdańsku, gdzie nie byłoby raczej problemów z rekrutacją.
Zgłaszają się już do was chętne samorządy?
Ze mną najczęściej rozmawiają samorządowcy z małych i średnich miast, dopytują o praktyczny wymiar deglomeracji. U nas w Chełmie działa już centrum usług wspólnych ZUS, wkrótce zacznie działać podobna jednostka NFZ, podpisaliśmy też list intencyjny w sprawie utworzenia oddziału Instytutu Elektrotechniki. Kluczem jest przeanalizowanie potencjału danego miasta. Deglomeracja nie jest panaceum na wszystkie problemy małych i średnich miast – zwłaszcza takie, jak utrata funkcji społeczno-gospodarczych, zjawisko depopulacji i wysokie bezrobocie. Dzisiaj inne problemy ma Chełm, inne Zamość czy Stalowa Wola. A to determinuje, jaka instytucja centralna mogłaby funkcjonować z powodzeniem w jednym mieście, a w innym niekoniecznie.
Na jakiej zasadzie podejmować decyzje, która instytucja przypadnie jakiemu miastu? Jak uniknąć ryzyka, że będzie się to odbywać według klucza politycznego?
Punktem wyjścia jest dokładna analiza potencjału danej aglomeracji. Gdy wiemy, jaki on jest, jakie problemy tam występują, jak wygląda rynek pracy, można zastanowić się nad przenosinami instytucji. Potrzebna byłaby również gwarancja ze strony samorządu ubiegającego się o lokalizację jakiejś instytucji centralnej, że jest ona tam potrzebna i zgodna z wizją rozwoju miasta.
A nie jest trochę tak, że próbujecie przypiąć łatkę do czegoś, co już się odbywa? Sam podał pan przykłady kilku instytucji powstających w Chełmie. W Kielcach Główny Urząd Miar (GUM) już buduje laboratoria.
Laboratoria GUM to była inicjatywa Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii kierowanego przez panią minister Jadwigę Emilewicz, która jest zwolenniczką deglomeracji. Podobnie Fundacja Platforma Przyszłości w Radomiu. Z kolei Narodowa Agencja Wymiany Akademickiej w Krakowie to inicjatywa wicepremiera Jarosława Gowina. To nie jest tak, że ktoś chce przykleić się do jakiegoś tematu, my po prostu głęboko wierzymy, że polityka tworzenia czy przenoszenia instytucji do innych ośrodków miejskich niż Warszawa ma sens i jest fundamentem dla zrównoważonego rozwoju w Polsce.
Deglomeracja będzie projektem rządowym?
Na dziś to propozycja Porozumienia Jarosława Gowina do dołączenia do wspólnego programu wyborczego Zjednoczonej Prawicy. Jeśli spotka się z aprobatą całego obozu, który miejmy nadzieję uzyska mandat zaufania od wyborców, wtedy należy zacząć od pierwszych dwóch działań. Po pierwsze trzeba będzie przeanalizować dokładnie potencjał polskich miast, a po drugie potrzebne będą badania – nie tylko dotyczące instytucji, które można przenieść, ale które również wykażą, jakie będą koszty całego procesu. Długofalowo chodzi o zahamowanie utraty funkcji społeczno-gospodarczych w mniejszych miastach, zwalczenie problemu depopulacji i bezrobocia. Takie miasta jak Warszawa stają się coraz bardziej ciasne. Zdarza się, że instytucje centralne muszą przeprowadzić kilka naborów, zanim znajdą chętnych do pracy. Wiąże się to z innym poziomem wynagrodzeń w Warszawie i innych miastach, a także kosztami życia. Nie bez znaczenia są też wysokie opłaty i podatki, które instytucje centralne działające w stolicy muszą ponosić, np. za korzystanie z powierzchni biurowych. To wszystko powoduje, że deglomeracja może być ekonomicznie bardziej opłacalna. Musimy tylko uważać, by nie wylać dziecka z kąpielą, chcemy, by był to proces przeprowadzony po dokładnych analizach.
Kto miałby finansować przenosiny instytucji centralnych?
W mojej ocenie możliwości są dwie. Albo będzie to koszt Skarbu Państwa, albo przy wsparciu dobrej współpracy na linii rząd-samorząd. Kiedy zabiegaliśmy o utworzenie nowych instytucji w Chełmie, równolegle oferowaliśmy pomoc w znalezieniu odpowiednich nieruchomości czy wsparcie w rekrutacji. Ale jeśli chodzi o nowe instytucje, to tu nie ma kosztów wynikających z samych przenosin. Pytanie, jaki model finansowy ostatecznie byłby do zaakceptowania przez rząd, samorząd i lokalne społeczności.
Powiedzmy, że rząd decyduje się na wdrożenie programu deglomeracji. Ile czasu potrwa proces wyboru instytucji do przeniesienia, wskazania dokąd, ustalenia warunków tych przenosin, zwalniania i zatrudniania ludzi?
Ze wstępnych analiz wynika, że gdybyśmy zdecydowali się na ten program, to jego efektywne wdrożenie zajęłoby co najmniej jedną kadencję. W mojej ocenie trzeba myśleć o pięciu latach. Kluczem są bardzo dokładne badania, zakładające także krytyczną analizę tego procesu. Samo ulokowanie nowo powstałych jednostek trwa od roku do dwóch lat. Nie mamy w tym momencie informacji, jaki okres czasu pozwalałby na ulokowanie jednostek centralnych, a to dużo trudniejszy proces niż utworzenie nowych.
Kto byłby głównym beneficjentem procesu deglomeracji? Miasta do 100 tys. mieszkańców?
Mamy ośrodki wojewódzkie, czyli miasta, które mogłyby ugościć u siebie większe instytucje centralne. Mamy też ośrodki o znaczeniu regionalnym lub subregionalnym, czyli takie, które były niegdyś stolicami województw oraz miasta małe i średnie. Miast, które mogłyby być zainteresowane procesem deglomeracji, jest ponad sto. Jeśli chcemy poważnie mówić o tym projekcie, nie możemy ograniczać się tylko do miast wojewódzkich. Jednym z punktów wyjścia jest lista 122 miast, które zdaniem Polskiej Akademii Nauk tracą swoje funkcje społeczno-gospodarcze. Cały proces musi być transparentny i rzetelnie przygotowany.
Jak będzie pan reklamował Chełm osobom, które będą decydować o przebiegu procesu deglomeracji?
Mamy silne zaplecze akademickie, czyli Państwową Szkołę Zawodową z dobrą kadrą, która jest w stanie zapewnić pracowników do nowo powstających jednostek. Druga kwestia to wysokie, 12-proc. bezrobocie. Samo w sobie to oczywiście negatywne zjawisko, ale w kontekście deglomeracji to może być atut pokazujący, że nie mamy miejsc do pracy, ale mamy ręce do pracy. W zależności od tego, o jakich instytucjach będziemy mówić, to do wykorzystania jest także potencjał transgraniczny miasta Chełm. Chcę jasno podkreślić, że miasta, które chcą w tym procesie uczestniczyć, muszą wykonać pewną pracę, by być lepiej przystosowanym do takiego programu. W Chełmie dużym problemem jest np. infrastruktura, na którą przedsiębiorcy czy pracodawcy zwracają jednak sporą uwagę. Jeśli ten problem uda się rozwiązać, tzn. nie będziemy wykluczeni komunikacyjnie, połączymy się z takimi ośrodkami jak Lublin czy Świdnik, gdzie jest lotnisko, to staniemy się bardziej atrakcyjni dla takiego przedsięwzięcia.
Jest ponad sto miast, które mogłyby być zainteresowane procesem deglomeracji i na nim skorzystać