Czyszczenie wspólnej przestrzeni z symbolów PRL odbiło się rykoszetem nie tylko na mieszkańcach, ale również spółdzielniach i władzach miast. I o ile dla tych pierwszych organizacyjny chaos związany z ustawą dekomunizacyjną oznacza np. uciążliwości przy zamawianiu posiłku czy odbieraniu poczty, o tyle dla wspólnot i samorządów lista strat jest dużo większa. Przede wszystkim obejmuje ona koszty dostosowania się do nowych wymogów. A te wahają się od kilkunastu do kilkuset tysięcy złotych, zależnie od tego, na ilu blokach czy przystankach trzeba było usuwać tabliczki i oznaczenia z nazwami odwołującymi się do niepożądanych patronów i wydarzeń historycznych.

Z naszych ustaleń wynika, że samorządy chcą, by skutki dekomunizacji obciążały Skarb Państwa, a nie ich budżety. Jako pierwsze z roszczeniami wystąpiły spółdzielnie mieszkaniowe. Od ich sukcesu zależy, czy na podobny krok zdecyduje się więcej lokalnych włodarzy.

Ukryte straty

W niektórych miastach wydatki na przystosowanie nazw ulic są ponoszone dwukrotnie: pierwszy raz, gdy samorząd zostaje zobowiązany do zmiany przez wojewodę i ponownie, gdy trzeba wrócić do poprzedniego stanu na skutek wyroków sądów, które kwestionują adresowe rewolucje.

Taka sytuacja miała ostatnio miejsce w Warszawie, gdzie oliwy do ognia dolał głośno komentowany wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego (sygn. akt II OSK 2657/18). W praktyce oznacza on bowiem, że w ponad 44 przypadkach trzeba będzie wrócić do dawnych nazw. Dla niektórych stołecznych spółdzielni oznacza to wydatki na poziomie kilkudziesięciu tysięcy złotych. Jak ustaliliśmy, skłoniło to wspólnoty do walki o rekompensaty.

Mowa tu m.in. o spółdzielni „Jary” na warszawskim Ursynowie, której władze już wysłały stosowne wnioski do wojewody mazowieckiego, wnosząc o zwrot kosztów wykonania (m.in. wynajęcia podnośnika, bo oznaczenia są umieszczane wysoko na elewacjach) i zainstalowania nowych tablic, które oszacowano na ok. 16 tys. zł. Inne okoliczne wspólnoty (np. „Na skraju”) czekają do zakończenia prac remontowych (do wymiany jest 70 tablic), kiedy będą już znane ostateczne kwoty i będzie można wysłać do urzędu konkretne faktury – dowiedział się DGP. Chcą też rekompensat za wydatki na usuwanie starych tablic. W przypadku spółdzielni „Jary” koszt wymiany 50 tablic z nazwą „Służby Polsce” (najpierw zakazana, teraz przywrócona) na „Kazimierza Kardasia «Orkana»” wyniósł ok. 10 tys. zł.

Miasto przyciśnięte do ściany

Podobny problem, tylko że o kilkunastokrotnie większej skali, ma też sam stołeczny ratusz. Jak bowiem wyjaśnia nam Katarzyna Gałecka, rzecznik prasowy Zarządu Dróg Miejskich, zmianie uległy nazwy aż 50 ulic. A to pociągnęło za sobą konieczność zaktualizowania wielu oznakowań funkcjonujących w ramach Miejskiego Systemu Informacji.

– Prace dotyczyły m.in. 481 tablic ulicowych i 120 punktów informacyjnych, a do tego instalacji w przejściach podziemnych. Kosztowało nas to ponad 450 tys. zł – mówi rzeczniczka.

Teraz trzeba te zmiany odkręcić. – Zostaliśmy zobligowani do przywrócenia wcześniejszego oznakowania dla 44 ulic. Szacujemy, że oznacza to wydatek rzędu 150 tys. zł – podaje Gałecka. I dodaje, że część z tablic uda się wykorzystać ponownie, bo zostały one przetrzymane w magazynach do czasu uprawomocnienia się korzystnego dla Warszawy wyroku, ale nie wszystkie z nich – po zdemontowaniu – nadają się do ponownego zawieszenia. Trzeba będzie je wymienić.

– Zakładamy, że prace potrwają do końca lutego. Po ich zakończeniu będziemy rozważać kwestię złożenia wniosku do wojewody w sprawie ubiegania się o zwrot poniesionych przez miasto kosztów – konkluduje rzeczniczka.

Otwarcie puszki Pandory?

Wojewodę mazowieckiego – który podkreślał już w mediach, że szanuje orzeczenie NSA, choć nie podziela przedstawionej w nim argumentacji – zapytaliśmy o to, ile wniosków o zwrot kosztów do niego wpłynęło i na jaką kwotę opiewają roszczenia. Poprosiliśmy również o komentarz, czy organ zamierza zwrócić spółdzielniom wskazane przez nie koszty. Do zamknięcia gazety nie otrzymaliśmy jednak odpowiedzi.

Szkopuł w tym, że owo uchylone zarządzenie – komentowane najczęściej wokół sporu o ulicę „Lecha Kaczyńskiego”, która ponownie stanie się aleją „Armii Ludowej” – to tylko wierzchołek góry lodowej. Podobnych sporów jest więcej. Wojewódzkie sądy administracyjne, a także NSA już uchylały tego typu zarządzenia z innych regionów (m.in. Pomorza czy Wielkopolski), wymuszając na samorządach powrót do poprzednich nazw. Kolejne sprawy czekają na rozpatrzenie. Innymi słowy, stare nazwy ulic będą wracać na elewacje częściej.

Pod koniec stycznia tym właśnie sposobem na mapę Olsztyna wróciły ulice „Dąbrowszczaków”, „Pstrowskiego” i „Poznańskiego”, które zastąpią nadane zarządzeniem zastępczym przez wojewodę nazwy „Kruka”, „5 Wielińskiej Brygady AK” i „Jutrzenki”.