Adam Bodnar: Z gazetami wydawanymi po kosztach i dystrybuowanymi do każdej skrzynki nie wygra żadna prywatna redakcja. Prowadzi to do zawłaszczenia medialnej przestrzeni i zacementowania rynku. A stąd już prosta droga do ograniczenia wolności wypowiedzi.
Laurki dla władzy i reklamowy monopol za publiczne pieniądze – taki obraz lokalnej prasy wyłania się z pańskich ostatnich interwencji. Twierdzi pan, że samorządy zbyt często zawłaszczają medialną przestrzeń, zamiast skupić się na informowaniu mieszkańców. Czy to rzeczywiście tak poważny problem? I czy odpowiedni dla rzecznika praw obywatelskich?
Tak, jeżeli tylko zwrócimy uwagę, jak dużą wartością, zwłaszcza na poziomie lokalnym, jest wolność słowa i prawo do formułowania krytyki wobec władzy. To trudny temat, który wymaga od nas odpowiedzi na wiele pytań. Na co władza lokalna może wydatkować środki publiczne? Gdzie przebiega granica między informacją a promocją? A także, jak wygląda konkurencja na tym rynku? Zwróćmy uwagę, że wydawanie prasy samorządowej często ogranicza rynek dla tych, którzy chcieliby na nim zaistnieć lub już na nim funkcjonują. W samorządach przestrzeń medialna jest stosunkowo niewielka. W momencie gdy z pieniędzy publicznych władze gmin dystrybuują pisma, które trafiają do wszystkich skrzynek i zawierają stronnicze treści, ta przestrzeń wolności się jeszcze bardziej zawęża. Pozostaje więc tworzenie alternatywnych tytułów albo np. blogów. Problem w tym, że ich autorom może być trudno konkurować z takim modelem dystrybucji.