Część urzędników po prostu nie chce mieć dodatkowego obciążenia w postaci dekretowania na nich poczty z klauzulą tajności. Eksperci zwracają też uwagę na to, że nie ma skutecznych narzędzi, aby wszyscy ubiegający się o pracę w instytucjach rządowych byli weryfikowani w trakcie rekrutacji.
W ministerstwach i urzędach wojewódzkich (poza Ministerstwem Obrony Narodowej) członkowie korpusu służby cywilnej są sprawdzani przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego (ABW) co do zasady dopiero wtedy, kiedy z takim wnioskiem wystąpi do tej służby dyrektor generalny urzędu. W odniesieniu do MON takie uprawnienia ma Służba Kontrwywiadu Wojskowego (wcześniej Wojskowe Służby Informacyjne). Dokonują weryfikacji m.in. zatrudnionych tam pracowników cywilnych.
Weryfikacja dla wybranych urzędników
Zgodnie z art. 23 ustawy z 5 sierpnia 2010 r. o ochronie informacji niejawnych (t.j. Dz.U. z 2025 r. poz. 1209) pełnomocnik ochrony przeprowadza zwykłe postępowanie sprawdzające na pisemne polecenie kierownika jednostki organizacyjnej. Z kolei ABW albo SKW przeprowadzają poszerzone postępowania sprawdzające na pisemny wniosek kierownika jednostki organizacyjnej lub osoby uprawnionej do obsady stanowiska lub zlecenia prac. Takie postępowanie toczy się też wobec funkcjonariuszy, żołnierzy i pracowników oraz osób ubiegających się o przyjęcie do służby lub pracy w ABW albo SKW.
– Tylko kandydaci, którzy ubiegają się o pracę w ABW albo w SKW, są sprawdzani przez te służby. Taka procedura nie jest podejmowana automatycznie, jeśli ktoś zostaje zatrudniony w ministerstwie – podkreśla dr hab. Stefan Płażek, adwokat i adiunkt z Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Jego zdaniem taka ochrona byłaby skuteczna.
– Zawsze w trakcie tego rodzaju postępowań pracownikom służb może coś się rzucić w oczy, gdy analizują ankiety bezpieczeństwa. Poza tym, gdyby obowiązywała tak rozbudowana procedura, potencjalni szpiedzy nie chcieliby się narażać. Niestety, do pracy w administracji nie ma zbyt dużo chętnych, dlatego przyjmuje się niemal wszystkich kandydatów o określonych kompetencjach – dodaje.
– W czasach, gdy pracowałem jako dyrektor urzędu wojewódzkiego, na kilkuset pracowników urzędu tylko garstka miała dostęp do klauzul poufności nadanych przez służby. Nawet nie wszyscy dyrektorzy poszczególnych departamentów czy też biur go mieli – mówi Marek Reda, były dyrektor generalny Warmińsko-Mazurskiego Urzędu Wojewódzkiego. – Dostały go osoby od zarządzania kryzysowego i jedna osoba od nadzoru budowlanego w odniesieniu do utajnionych budynków. W grupie osób, które wypełniały ankiety bezpieczeństwa, znalazł się też jeden prawnik, który był upoważniony do przygotowania poufnych zarządzeń wydawanych przez wojewodę. Ja miałem przez 18 lat dostęp do klauzul wyższych niż nasze krajowe, bo była to klauzula NATO-wska – opowiada.
Jego zdaniem taka sytuacja jest powszechna nie tylko w urzędach wojewódzkich, lecz także w ministerstwach i kancelarii premiera.
– Wszyscy kandydaci do pracy w tych instytucjach z urzędu powinni być weryfikowani przez służby. Według mnie jest to luka prawna. Poleca się urzędnikom, aby wychodząc na przerwy, blokowali komputery i nie trzymali akt na biurku. Niestety, nikt nie weryfikuje tego, co widzą kamery w biurach obsługi klientów, które często są nakierowane na monitory i zawarte tam informacje – podkreśla Marek Reda.
Jest dużo do zrobienia w urzędach
Urzędnicze związki również mają obawy co do tego, że potencjalni szpiedzy są zagrożeniem dla instytucji centralnych.
– Tyle że o wiele większe zagrożenie widzimy w firmach sprzątających nasze budynki, w których pracują najczęściej cudzoziemcy. Te osoby są również w gabinetach ministerialnych i opróżniają tam kosze, do których, zamiast do niszczarki, mogą trafić ważne informacje. Z takimi praktykami walczymy w wielu urzędach – przyznaje Wojciech Pleciński, członek korpusu służby cywilnej i przewodniczący sekcji problemowej ds. administracji rządowej działającej w Krajowej Sekcji NSZZ „Solidarność” Pracowników Administracji Rządowej i Samorządowej.
– Szpiegami mogą też być osoby, które mają dostęp do tajnych dokumentów i przeszły pozytywnie weryfikację. Trzeba mieć oczy szeroko otwarte i reagować na dziwne zachowania urzędników. Niezależnie od wszelkich procedur bezpieczeństwa obcych służb nie pozbędziemy się z administracji państwowej – uważa.
Eksperci przyznają, że jednym rozwiązaniem, które może ukrócić proceder zagrażania naszemu państwu przez służby obcych państw, są szkolenia dla urzędników.
– Rzeczywiście w ministerstwach powinno się kłaść większy nacisk na weryfikację kandydatów do pracy. Zdaję sobie jednak sprawę, że służby stałyby się wówczas niewydolne. Dlatego konieczne są szkolenia dla poszczególnych grup pracowników. Osoby zajmujące wyższe stanowiska w służbie cywilnej powinny być przeszkolone, na co zwracać uwagę w odniesieniu do podległych im pracowników – mówi dr hab. Jakub Szmit, były dyrektor w resorcie pracy i ekspert ds. administracji publicznej.
– Zawsze najsłabszym ogniwem są ludzie. Wystarczy nie wyłączyć i nie zablokować komputera. Każdy pracownik ministerstwa czy innej instytucji może być potencjalnym szpiegiem – zaznacza dr hab. Jakub Szmit.
Więcej cudzoziemców w urzędach
Wciąż na uruchomienie – co nastąpi, gdy premier da zielone światło – czeka elektroniczna platforma służąca do prowadzenia naboru w służbie cywilnej. Wraz z jej uruchomieniem wejdą w życie przepisy, które złagodzą procedury przyjmowania cudzoziemców do administracji, co również zwiększa zagrożenie pojawieniem się szpiegów w urzędach rządowych. Chodzi o część przepisów ustawy z 14 kwietnia 2023 r. o zmianie ustawy o służbie cywilnej oraz niektórych innych ustaw (Dz.U. z 2023 r. poz. 1195). Platforma miała ruszyć w grudniu ub.r., ale premier wciąż zwleka z podjęciem decyzji. Afera ze szpiegiem w MON z pewnością jej nie przyspieszy. ©℗