Pierwsze weto Andrzeja Dudy nic nie znaczy, bo dotyczy błahej sprawy? Nic bardziej mylnego. Wstrzymało ono wejście w życie regulacji, które zdewastowałyby samorząd.
Magazyn DGP 14.07 / Dziennik Gazeta Prawna
To była polityczna bomba ostatnich dni – pierwszy sprzeciw Andrzeja Dudy wobec ustawy uchwalonej przez zdominowany przez PiS parlament. Gdy minęło pierwsze zaskoczenie, pojawiły się głosy powątpiewania, czy prezydentowi rzeczywiście chodziło wyłącznie o dobro samorządu. Przeciwnicy głowy państwa twierdzą, że zawetowanie ustawy o regionalnych izbach obrachunkowych jest tylko kolejnym krokiem ku politycznej emancypacji prezydenta, w dodatku okupionym niewielkim kosztem, a nie troską o szeroko pojętą praworządność. Bo kto będzie przejmował się ustawą o regionalnych izbach obrachunkowych, skoro PiS zmienił już ustawę o KRS, a teraz przymierza się do gruntownej przebudowy Sądu Najwyższego?
Reklama
Samorządowcy są ostrożni z okazywaniem entuzjazmu, choć prosili prezydenta „tylko” o skierowanie ustawy o RIO do TK. – Chciałbym się mylić, ale w aż taką metamorfozę prezydenta nie wierzę. Poczekajmy na kolejne decyzje głowy państwa – mówi Wadim Tyszkiewicz, prezydent Nowej Soli i członek zarządu Związku Miast Polskich. Jego zdaniem weto można odczytywać na dwa sposoby. – Albo prezydent staje się przyzwoity – i daj Boże, żeby tak było. Albo ta ustawa została rzucona na pożarcie, bo Kaczyński szykuje nam coś jeszcze gorszego – uważa Tyszkiewicz.

Reklama
Tym gorszym – w opinii samorządowców – może być nieujawniony jeszcze przez partię rządzącą projekt nowej ordynacji wyborczej. Faktem jest, że jak dotąd PiS trzyma wszystkich w szachu – zarówno opozycję sejmową, jak i samorządowców. – Nikt nie wie, według jakich reguł odbędą się przyszłoroczne wybory lokalne. A to utrudnia opracowanie strategii i wyłanianie kandydatów. Chyba szykuje się kolejna bomba ze strony PiS – przekonuje jeden z posłów opozycji.
Obalenie prezydenckiego weta przez Sejm jest mało realne – bo wymagana jest do tego większość 3/5 przy co najmniej połowie składu izby. Stąd przeświadczenie części samorządowców, że ustawa o RIO została po prostu spisana na straty, zgodnie z zasadą „jeden krok w tył, dwa kroki w przód”.
Ale jednocześnie teza o rzuceniu ustawy o RIO na pożarcie jest ciężka do obronienia.
Zacznijmy od tego, czym są regionalne izby obrachunkowe. To instytucje, które – jeśli chodzi o stosunek podległości – są zawieszone między rządem a samorządami. To armia 1,2 tys. inspektorów i pracowników administracyjnych, którzy na co dzień kontrolują samorządowe budżety, oceniają prognozy finansowe tych jednostek na kolejne lata czy mobilizują wójtów do opracowania programów naprawczych (oraz ich realizowania) w przypadku, gdy gminy popadną w tarapaty finansowe.
Nowa ustawa o RIO umożliwiałaby, zdaniem krytyków, proste utrącanie wójtów, burmistrzów oraz prezydentów miast, a nawet rozwiązywanie rad czy sejmików województw. Bo RIO miałyby badać kredyty zaciągane przez lokalne władze (np. pod nowe inwestycje) już nie tylko pod kątem legalności, ale też – to nowość – gospodarności. Przy czym nikt nie sprecyzował, jak tę gospodarność rozumieć. W ten sposób dałoby się podważyć każdy wydatek. A to mogłoby skutkować postępującą eliminacją niewygodnych dla PiS samorządowców. Taki sam skutek niosłaby ze sobą negatywna opinia RIO w sprawie programu postępowania naprawczego. W skrócie mówiąc – opracować go musi gmina mająca np. problem ze spłatą długów. Obecnie jest tak, że jeśli RIO nie spodoba się program przedłożony przez wójta, to urzędnicy izby opracują go za niego (w takich przypadkach budżet ustala regionalna izba). PiS proponował wyjście radykalne – natychmiastowe usuwanie władz nieudolnej gminy, powiatu czy województwa.
„Istnieje wątpliwość, czy proponowany tryb odwołania albo zawieszenia organu jednostki samorządowej, w połączeniu z rozszerzeniem o kryterium gospodarności przedmiotowego zakresu kontroli spraw finansowych samorządu, nie stanowi nadmiernej ingerencji w samodzielność jednostek samorządu terytorialnego” – wynika z komunikatu Kancelarii Prezydenta.
Oczywiście nikt nie broni samorządowców, którzy wpędzili gminy w kłopoty. Pytanie, kto miałby ich oceniać oraz ewentualnie pozbawiać stanowisk. PiS przeforsował rozwiązanie, by prezesi izb nie byli – jak obecnie – wybierani w drodze konkursów, lecz by wskazywał ich premier na wniosek szefa MSWiA. Zdaniem partii rządzącej dzisiejsza formuła nie sprawdza się (zdarzają się sytuacje, gdy dana izba nie ma prezesa – zamiast tego jest p.o. lub wiceprezes) i nie gwarantuje obiektywnego wyboru (kandydata na prezesa wybiera, w drodze konkursu, kolegium izby). Zmiany wynikające z nowej ustawy zakładały nie tylko zmianę sposobu wyboru szefów RIO, ale także to, że kadencje obecnych prezesów i ich zastępców zostałyby wygaszone. – Istniała obawa, że RIO zmieni się w polityczno-finansową policję PiS – kwituje prezydent Wadim Tyszkiewicz.
W dodatku „policję” działającą w oparciu o miałkie przesłanki. PiS uzasadniał, że zwiększenie zakresu kontroli RIO nad gminami jest konieczne, bo trzeba walczyć z niekontrolowanym zadłużaniem się samorządów. Ale z najnowszego raportu RIO wynika, że większość gmin (1808 jednostek, czyli 75 proc.) zredukowała w 2016 r. zadłużenie. Spada też wartość długów samorządowych zaciąganych w parabankach (na to również powoływał się PiS) – ostatnio wyniosła 164 mln zł. Sporo? Na tle ogólnej sumy zadłużenia samorządów (69 mld zł) to zaledwie kropla, którą trudno uzasadniać tak daleko idącą rewolucją w RIO.
Wetując ustawę, Andrzej Duda pokazał, że w podkreślaniu swojej niezależności zaczyna się radykalizować. Pierwszym zdecydowanym gestem z jego strony było otwarte sprzeciwienie się pomysłowi Jarosława Kaczyńskiego, by wprowadzić zasadę dwukadencyjności z mocą wsteczną dla wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Przypomnijmy, że efektem tego zabiegu byłaby szybka wycinka 1,6 tys. obecnych włodarzy z dwiema lub więcej kadencjami na koncie przed przyszłorocznymi wyborami lokalnymi. „Mam bardzo poważne wątpliwości co do tej propozycji. Uważam, że się to kłóci z konstytucją. Nie można w ten sposób ograniczać ani czynnego, ani biernego prawa wyborczego” – stwierdził w maju prezydent.
Z ustawą o RIO mógł zrobić to samo, co z pisaną z myślą o miesięcznicach smoleńskich nowelizacją ustawy o zgromadzeniach – skierować ją do Trybunału Konstytucyjnego. – Ale to mogłoby zostać odebrane jako gra na czas. A wetując ustawę, Duda wysłał czytelny sygnał, zarówno do opozycji, jak i obozu rządzącego, że jednak coś może, ma jakąś kluczową rolę do odegrania – ocenia prof. Rafał Chwedoruk, politolog z UW. Podobnego zdania jest dr Adam Gendźwiłł, ekspert związany z Fundacją Batorego. – Andrzej Duda na pewno zdaje sobie sprawę, jaką instytucją jest teraz TK i kto w nim zasiada. Weto jest politycznym instrumentem przecięcia procesu legislacyjnego i jednocześnie sprawą bezpieczną dla prezydenta, bo ustawa o RIO nie była sprawą pierwszorzędną dla kierownictwa PiS – twierdzi.
Eksperci nie mają wątpliwości, że prezydent upatrzył sobie sferę samorządową jako trampolinę do coraz mocniejszego podkreślania własnej pozycji. – Prezydent Komorowski też stylizował się na patrona samorządów, mimo że często za słowami nie szły czyny. Być może prezydent Duda, dążący do emancypacji, zauważył, że to jest również swego rodzaju nisza dla niego. Zwłaszcza że same samorządy niejednokrotnie prosiły go o pomoc – mówi dr Gendźwiłł.
Profesor Chwedoruk zwraca jednocześnie uwagę, że zaskakujące manewry Andrzeja Dudy w kwestii samorządowej mogą być elementem szerszej strategii, wykraczającej poza obecną kadencję głowy państwa. – W szeroko pojętym obozie władzy nie do końca rozstrzygnięto, jak sobie radzić z oporem pewnych środowisk czy grup zawodowych, czy iść na totalne zwarcie, czy podzielić wroga od wewnątrz i złożyć komuś ofertę. Tym kimś do składania ofert w tym przypadku są samorządy, często związane z opozycją i sprzeciwiające się działaniom centralistycznym rządu. Bo mimo to istotna część lokalnych włodarzy może zacząć upatrywać w prezydencie sojusznika. Być może na to liczy Andrzej Duda, zwłaszcza w kontekście nadchodzącej fali wyborów lokalnych, parlamentarnych, prezydenckich czy do europarlamentu – ocenia prof. Rafał Chwedoruk.
Zdaniem naszych komentatorów pytanie dotyczy nie tego, czy prezydent nas jeszcze zaskoczy, ale gdzie leży granica, której nie będzie miał już odwagi przekroczyć. – Czy będzie gotowy zawetować inne kluczowe projekty dla PiS, np. te dotyczące reformy sądownictwa – zastanawia się Gendźwiłł.
Zawetowanie ustawy o RIO może być jedynie sygnałem ostrzegawczym ze strony pałacu. Jego głównego lokatora najwyraźniej zmęczyła już przypinana mu łatka Adriana z serialu komediowego „Ucho Prezesa”, potulnie czekającego pod drzwiami gabinetu prezesa.