Jak zachować zimną krew, jak powstrzymać konflikt, gdy niespodziewana fala nienawiści wyleje się już na ulice miasta? To trudne zadanie nie tylko dla policji, ale i dla samorządowców.
Bo ci dobrze wiedzą, co oznacza wzrost agresywnych zachowań. Zwłaszcza, gdy do zwykłych problemów z walczącymi ze sobą kibicami drużyn piłkarskich czy młodzieżowych subkultur dochodzą coraz częściej kłopoty na tle narodowościowym czy kulturowym. I nie można liczyć, że tych będzie mniej, tylko dlatego, że Polska zdecydowała się nie przyjmować migrantów z krajów islamskich. Oni są w Europie i do nas, choć nie tak dużym strumieniem, też trafiają. Robią zakupy w przygranicznych miastach, przyjeżdżają do znajomych w głębi kraju, a niektórzy założą pewnie u nas swoje firmy. Napływają też do nas coraz liczniej Ukraińcy, Białorusini czy mieszkańcy innych krajów byłego ZSRR. Są Wietnamczycy, a pracodawcy coraz częściej starają się sprowadzać pracowników z innych krajów Dalekiego Wschodu czy z Indii. Ciągle niezintegrowani z polskim społeczeństwem są także Romowie. I nie tylko zabójstwo, ale i mniejszej wagi występki mogą stać się zarzewiem poważnego konfliktu.
Ważne jest, żeby zwłaszcza na poziomie lokalnym umieć te problemy rozwiązywać. Bo nierzadko nie kończy się tylko na „pokojowych” demonstracjach, ale na ulicznych burdach, do jakich doszło choćby niedawno w Ełku. Czy da się jednak uprzedzić taki wybuch? Zapewne nie zawsze. To, co mogą robić samorządy, to pilnie śledzić media społecznościowe, bo one pierwsze wskazują, gdzie i kiedy może dojść do wybuchu. I uczyć.