– Tak dużo klientów zgłaszających się z prośbą o radę w jednym typie sprawy jeszcze nie miałam – dodaje mecenas Anna Rurarz z Warszawy. Udzieliła już co najmniej kilkunastu porad – każda płatna 150 zł.

Kancelarie i prawnicy wyspecjalizowani w prawie autorskim mają w ostatnich tygodniach prawdziwe żniwa. Zaczęło się od działań kancelarii Anny Łuczak z Warszawy, a potem ruch w biznesie zwiększyła także gdańska kancelaria BGST Radcowie Prawni Borek, Gajda, Tołwiński. W porozumieniu z producentami filmowymi przedstawiciele prawniczych firm zaczęli masowo składać zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa nielegalnego rozpowszechniania filmów. Anna Łuczak w imieniu producentów „Obławy”, „Czarnego czwartku”, „Last minute”, „Drogówki” i „Być jak Kazimierz Deyna” złożyła zawiadomienia w stosunku do co najmniej 103 tys. internautów. Trójmiejska kancelaria podpisała umowę z amerykańskim producentem filmu „Witaj w klubie” i w jego imieniu skierowała wnioski o ściganie kilkunastu tysięcy internautów. W efekcie tych działań prokuratury zaczęły masowo prowadzić postępowania w sprawie łamania praw autorskich i ustalać dane internautów przypisanych do adresów IP, z których miały być udostępniane te filmy.

Jednocześnie kancelarie wysyłają do internautów propozycje zawarcia ugody, oczywiście po zapłaceniu odpowiedniej kary – w przypadku kancelarii mecenas Łuczak to z zasady 550 zł. Polscy internauci skarżą się na te działania (pierwsze skargi wpłynęły i do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, i do okręgowej rady adwokackiej), ale płacą. Szukają też pomocy u prawników.

Ściganie piractwa i doradzanie oskarżonym o pirackie praktyki jest już całkiem poważnym prawniczym biznesem. Ramon Lobato i Julian Thomas, prawnicy z australijskiego Swinburne University of Technology, w artykule „The Business of Anti-Piracy: New Zones of Enterprise in the Copyright Wars” („Antypiracki biznes: Nowe obszary przedsiębiorczości w walce o prawa autorskie”) piszą: „Zarówno piractwo, jak i walka z nim owocują szeroką gamą pobocznych aktywności, które są tak naprawdę nowymi specjalizacjami w zarabianiu pieniędzy”.

Rozwój tych nowych specjalizacji widać już w Polsce. Oprócz prawników na łamaniu praw autorskich zarabiają oczywiście serwisy wyspecjalizowane w dostarczaniu takich treści. Niedawno zamknięty przez śledczych serwis streamingowy (czyli oferujący linki do filmów i seriali puszczanych online bez konieczności ściągania ich przez internautów) Kinomaniak.tv według policji miesięcznie zarabiał 300 tys. zł. Jego twórcy zyski czerpali nie tylko dzięki zwykłym internautom, którzy płacili za oglądanie filmów online i ściąganie ich na własne dyski. Jednodniowy dostęp do bazy kosztował 2,5 zł, a dostęp bez ograniczeń 370 zł. Wcale nie mniejsze zyski płynęły do serwisu także z internetowych reklam, które przyciągał duży ruch na stronie. Jak wylicza Związek Pracodawców Branży Internetowej IAB łamiące prawo serwisy wideo zarabiają w ten sposób rocznie nawet 50 mln zł.

Nic dziwnego, że IAB postanowił zainwestować i właśnie podpisał umowę z firmą Netsprint na wykonanie wyszukiwarki legalnych treści wideo. – Ruszy ona jesienią. Dzięki wyszukiwarce internauta chcący obejrzeć konkretny film lub serial będzie mógł odnaleźć legalny serwis, który go oferuje. Wystarczy wpisać nazwę, nazwisko reżysera czy aktorów – tłumaczy nam Iwona Kaźmierczak odpowiedzialna za projekt z ramienia Netsprint. – Chcemy, by ta wyszukiwarka, wtedy gdy film jeszcze nie miał premiery internetowej, kierowała albo do kin, albo do wersji na DVD czy Blu-ray, tak by internauta miał świadomość, że ściągając go z sieci czy oglądając online, robi to nielegalnie – dodaje. Jak przekonuje, trwają właśnie rozmowy ze wszystkimi legalnymi serwisami VOD o ich włączeniu się do projektu. Netsprint i IAB nie zdradzają wartości kontraktu, ale zainteresowanie było spore, bo o jego zdobycie starało się aż 10 firm.

2,5 mln Polaków zapłaciło w ubiegłym roku za oglądanie filmów i seriali nielegalnym serwisom, nieświadomie, że wspierają piratów

0,5 - 0, 7 mld zł według PwC traci polski PKB z powodu piractwa internetowego

103 tys. danych internautów od trzech operatorów zażądała prokuratura z Pruszkowa