Mirosław Mazanec testował niedawno dla serwisu dziennik.pl telefon Motoroli, model One Zoom. Kiedy więc zobaczył na YouTube filmik z recenzją tego samego telefonu, kliknął, by go obejrzeć. Po pierwsze z ciekawości, bo model można różnie ocenić. Po drugie autorem opinii był kolega po fachu, więc chciał się przekonać, na ile są zgodni. I ze zdziwieniem stwierdził, że bardzo. A nawet bardziej niż bardzo, gdyż kolega w swoim filmiku po prostu wyrecytował recenzję Mazaneca. I to słowo w słowo, przez co ten, oglądając video, czuł się tak, jakby słuchał samego siebie.
Szybko okazało się, że kolega po fachu – człowiek doświadczony, z telewizyjnym stażem – czerpał pełnymi garściami również z recenzji innych dziennikarzy. Jeden z nich przeprowadził krótkie śledztwo i znalazł co najmniej dziewięć opinii zawierających obszerne fragmenty, których autorem był ktoś inny.
Magazyn okładka 31.10 / Dziennik Gazeta Prawna
Reklama
Plagiator najpierw sugerował, że praca innych dziennikarzy była dla niego jedynie inspiracją, ale w obliczu twardych dowodów zmiękł i przeprosił. Przyznał, że korzystając z fragmentów recenzji kolegów, poszedł nieco na skróty, zawierające je filmiki usunął i zapewnił, że nie jest twórcą, który świadomie kopiuje dorobek innych. Co z punktu widzenia prawa ma niebagatelne znaczenie. – Ludzi świadomie czerpiących korzyści z plagiatów a osoby dokonujące tego nieświadomie odróżnia wina – tłumaczy adwokat Anna Trocka z APT&right Attorneys-at-Law, wieloletni wykładowca uniwersytecki, ekspert w dziedzinie prawa autorskiego oraz dochodzenia odpowiedzialności z tytułu jego naruszeń. – W przypadku tzw. działania zawinionego poszkodowany może dochodzić przyznania mu zadośćuczynienia za doznaną krzywdę bądź zasądzenia na wskazany cel społeczny odpowiedniej kwoty pieniężnej. Jeżeli naruszenie nie było zawinione, sąd roszczeń nie przyzna.
W tym przypadku nikt nie ma wątpliwości, że kolega po fachu dobrze wiedział, co czyni. I że nie jest niestety przypadkiem odosobnionym.

Reklama
Mecenas Anna Trocka przyznaje, że żyjemy w czasach tak dynamicznych, iż system prawa autorskiego za nimi nie nadąża. Zwłaszcza że dzięki postępowi technologicznemu i informatycznemu coraz więcej twórców prezentuje materiały w sieci, która ze swej istoty trudna jest do ogarnięcia. I to właśnie ich dotyka coraz więcej naruszeń. Trocka jest przekonana, że w znacznym stopniu odpowiedzialne za to są media społecznościowe. Bo to Facebook, Twitter czy Instagram nauczyły nas udostępniania i kopiowania cudzych treści. I to one utwierdziły nas w złudnym przekonaniu, że tak wolno. – Mało która osoba korzystająca z social media ma pojęcie o prawach autorskich i sankcjach grożących za ich naruszenia – mówi mec. Trocka. – Choć nie powinno się to wydawać niczym dziwnym w czasach, gdy nawet studenci piszący prace dyplomowe są przez swoich promotorów instruowani, że mogą to robić na zasadzie „kopiuj-wklej”, pod warunkiem że nie da się tego wykryć.
W praktyce takie „pisanie” sprowadza się do oszukiwania systemu antyplagiatowego. Można go łatwo wprowadzić w zakłopotanie, zmieniając szyk zdań albo używając jak największej liczby synonimów. O czym studenci również dowiadują się od wykładowców. W tej sytuacji sam system staje się doskonałym przewodnikiem, podpowiadającym, które fragmenty pracy trzeba jeszcze „poprawić”.

B. jak Bloger Roku

Przepisywanie własnymi słowami tego, co napisał ktoś inny, to powszechna metoda nie tylko na uczelniach. Przemysław Semczuk, dziennikarz, autor kryminałów i książek historycznych, wytrwale tropi nie tylko ciekawe historie, ale i samych plagiatorów. Zaczął kilka lat temu, gdy kolega przysłał mu link do pewnego bloga. Jego autor, B., opisywał na swojej stronie zarówno znane, jak i zapomniane wydarzenia z przeszłości. Link, który dostał Semczuk, prowadził do jednej z takich opowieści. – Otworzyłem go i przeczytałem swój tekst opublikowany w „Newsweeku”. Historia miała tę samą chronologię, te same fakty. Jednak każde zdanie zostało napisane trochę inaczej – opisuje Semczuk.
Przeglądając blog, stwierdził, że posty B. to po prostu przepisane własnymi słowami artykuły z polskich tygodników i gazet codziennych. – Był tam np. tekst o koreańskich dzieciach, które przyjechały do Polski i zamieszkały w Płakowicach koło Lwówka Śląskiego. Jego autor odnalazł opiekunów, a nawet dorosłe już dzieci, i napisał świetny tekst w „Gazecie Wrocławskiej”. B., nie ruszając się z domu, napisał równie świetny tekst, a nawet zamieścił wypowiedzi bohaterów, tak jakby sam z nimi rozmawiał. Szczytem bezczelności było przerobienie na blogowy tekst książki dr. Adama Cyry z Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau. Był to efekt dwóch lat pracy badawczej w celach śmierci Bloku 11, gdzie Cyra analizował wyryte na ścianach zapiski. B. zajęło to kilka godzin – pisał na Facebooku Semczuk.
Czary goryczy dopełnił fakt, że B. otrzymał nagrodę „Bloga Roku”, a jedno z wydawnictw zebrało jego twórczość w formie książki. Znalazł się w niej tekst Semczuka i rekomendacja Jolanty Kwaśniewskiej na okładce: „Kiedy po raz pierwszy przeczytałam ten blog, stałam się jego wierną fanką. B. odsłania nieznane karty historii i czyni to w sposób pasjonujący. Polecam”. – Powiadomiłem jej fundację o wszystkim, co udało mi się ustalić. Zadzwoniła do mnie i powiedziała: przepraszam. Tłumaczyła, że nie miała świadomości. Wydawało jej się, że B. jest pasjonatem, który odkurza zapomniane historie. Zapytałem, czy wie, że nad tekstem, który on przepisał, pracowałem dwa lata. I że każdy tekst na jego blogu to tygodnie spędzone na poszukiwaniu świadków i przekopywaniu starych akt. Była zaskoczona. W końcu zadzwonił do mnie sam B. Nie padło „przepraszam”. Co więcej, gdy zapytałem go, czy wie, co to jest prawo cytatu, bo przecież pisząc pracę magisterską, musiał zostać pouczony, jak opierać się na źródłach, jak z nich czerpać, by nie naruszać praw autorskich, odpowiedział, że nie ma studiów i nie musi tego wiedzieć – podsumowuje Przemysław Semczuk.

Płynne granice inspiracji

Milena Bogdanowicz, radca prawny i counsel w kancelarii WKB Wierciński, Kwieciński, Baehr tłumaczy, co wolno, a czego nie można robić z cudzym dziełem. Wolno cytować, czyli przytoczyć fragment cudzego tekstu lub wypowiedzi – pod warunkiem że nie jest to fragment zbyt obszerny i że znajdzie się informacja, skąd został zaczerpnięty. Bez podania źródła cytat jest kradzieżą. Można nawet robić to, co robił B., czyli pracować na cudzym tekście – pod warunkiem że uzyskało się na to zgodę autora. I podało źródło. Bez zgody twórcy wszelkie opracowania czy adaptacje tekstu, czy innego dzieła, to plagiat. Można wreszcie zainspirować się cudzym dziełem i na jego kanwie stworzyć własne. Ale i w tym przypadku warto podać źródło inspiracji, by nie narazić się na zarzuty. Tym bardziej że granica między plagiatem a inspiracją jest płynna i trudna do wyznaczenia. – W przypadku inspiracji istotna jest jej głębokość, natężenie wspólnych wątków – tłumaczy mec. Milena Bogdanowicz. – Gdyby sprawa trafiła do sądu, ten musiałby rozstrzygnąć, na ile to, co powstało z inspiracji, jest nowe i oryginalne. A to nie takie proste – dodaje i przytacza przykład Szczepana Twardocha, któremu recenzent „Rzeczpospolitej” zwrócił uwagę na wspólne wątki jego „Króla” z książką „Aniołowie umierają od naszych ran” algierskiego pisarza Yasmina Khadra. Książkę Twardocha i Khadra łączyło podobieństwo głównych bohaterów, czas akcji, szczegóły z życia bliskich im kobiet, co dało recenzentowi podstawy do pytania o ewentualną inspirację dziełem zagranicznego twórcy. Twardoch zaprzeczył, by inspirował się książką Algierczyka, a Wydawnictwo Literackie podkreśliło, że podobieństwa, które dostrzega recenzent, są przypadkowe i „wynikają z uniwersalności wątków i motywów, jakimi posługuje się od wieków literatura”. Mimo to sprawa wzbudziła wśród czytelników spore emocje i zaowocowała długimi dyskusjami. Choć nie takimi, jak w przypadku książki „Rekin i baran. Życie w cieniu islandzkich wulkanów”.
To książka autorstwa polskiego małżeństwa, które na Facebooku i Instagramie prowadziło blog „Bite of Iceland”. Islandzka pisarka Alda Sigmundsdóttir zarzuciła im plagiat, twierdząc, że obszerne fragmenty w ich książce zostały zapożyczone ze zbioru esejów wydanego w Polsce pod tytułem „Mała księga Islandczyków” w 2015 r. Według niej splagiatowano nawet 90 proc. jej książki. Sprawa nabrała rozgłosu po tym, jak opisał ją Onet.pl.
Po przeanalizowaniu obu pozycji prawnicy islandzkiej autorki zalecili jej skierowanie sprawy do sądu. Jednak Sigmundsdóttir skontaktowała się najpierw z wydawcą „Rekina i barana” – Wydawnictwem Poznańskim. Twierdzi, że jego przedstawiciele najpierw byli skłonni zawrzeć z nią ugodę, potem jednak wycofali się ze złożonej oferty. Podejrzewa, że zarówno wydawnictwo, jak i polscy autorzy założyli, że nie pozwie ich do sądu, bo ewentualne odszkodowanie będzie prawdopodobnie niższe od poniesionych przez nią kosztów. I zignorowali pisarkę.
Współautorka „Rekina i barana” zaprzecza, by splagiatowała książkę Sigmundsdóttir. W oświadczeniu, które opublikowała na Facebooku, broni się, twierdząc, że jej książka to „kompendium wiedzy na temat Islandii, więc zbieżność przywołanych zagadnień nie powinna nikogo dziwić”. Niestety internauci szybko wykryli, że „Rekin i baran” zawiera zapożyczenia nie tylko z książki Aldy Sigmundsdóttir, lecz także z innych tytułów, m.in. z przewodnika po Islandii wydanego przez National Geographic. W sieci pojawiła się nawet stosowna tabelka z przykładami, które dokumentują plagiat. I wezwanie, by – w sytuacji gdy prawo nie jest w stanie skutecznie karać złodziei treści – chociaż internauci nie przechodzili obok nich obojętnie.

Jak to kradzież

Otwartość internetu jest jego siłą. I zarazem słabością. Z jednej strony pozwala w sposób niemal nieograniczony przeglądać treści i czerpać z nich inspirację. Z drugiej ułatwia ich bezprawne powielanie. Wystarczy założyć stronę na Facebooku lub uruchomić kanał na YouTube, znaleźć w sieci ciekawą treść, tzw. content, umieścić ją na profilu jako swoją, cieszyć się uznaniem, zbierać lajki i jak bardzo dobrze pójdzie – pieniądze. Konia z rzędem temu, kto w zalewającej internet masie informacji wychwyci plagiat. Żeby trafić na kogoś takiego, trzeba mieć pecha.
Miał go założyciel facebookowej strony z filmowymi anegdotami, kiedy zamieścił trzy fragmenty żywcem wyjęte z książki o kulisach powstawania jednej z polskich komedii. Pech chciał, że przeczytał je autor publikacji. Zwrócił założycielowi strony uwagę, że jeśli wykorzystuje efekty cudzej pracy, to wypadałoby chociaż podać źródło, z którego je czerpie. Ten szybko odpisał, przepraszając autora książki i zapewniając, że natychmiast usunie anegdoty. Pisarz zapewnił go, że nie musi tego robić, wystarczy, że poda źródło. Niespełna kwadrans później dostał informację, że anegdoty zostały usunięte.
Dlaczego założyciel facebookowej strony wolał je usunąć, niż przyznać się, że korzysta z cudzej pracy? Nie ze strachu przed posądzeniem o plagiat. Raczej z obawy, że odwiedzający jego profil dowiedzą się, że nie jest twórcą prezentowanych treści, że tylko pośredniczy w ich przekazywaniu. Skończą się pochwały i zachwyty nad jego „pracą”. – Nie zawsze chodzi o pieniądze, czasami o uznanie, o to, by się dowartościować – przyznaje Milena Bogdanowicz.
Jej zdaniem u podstaw takiego działania leży brak świadomości i poczucie bezkarności. Bez procesów i dotkliwych wyroków nie zniknie pewien rodzaj przyzwolenia na plagiat, który nie jest powszechnie uważany za poważne naruszenie. Z cudzej własności korzystają więc wszyscy: od uczniów i studentów, przez blogerów i youtuberów, po naukowców i przedsiębiorców. Bo przecież jaka to kradzież? A jeśli nawet, to jakaś inna, mniej ważna.
Anna Trocka przestrzega, że w przypadku plagiatu osoba naruszająca cudze prawa autorskie może ponieść zarówno odpowiedzialność cywilnoprawną, jak i karną (a w pewnych przypadkach także dyscyplinarną). Wszystko zależy od stopnia dokonanych naruszeń. Cywilnoprawna odpowiedzialność może polegać na wezwaniu do zaniechania naruszenia, usunięcia jego skutków, naprawienia wyrządzonej szkody majątkowej, zapłaty sumy pieniężnej w wysokości odpowiadającej nawet trzykrotności stosownego wynagrodzenia oraz wydania wszelkich korzyści uzyskanych dzięki dokonaniu naruszenia. Natomiast odpowiedzialność karna może oznaczać nałożenie grzywny, karę ograniczenia wolności, a nawet karę więzienia do trzech lat. Tyle teoria.
Z doświadczenia prawniczka wie, że w praktyce nakładane przez sąd sankcje w sprawach o naruszenie praw autorskich są śmieszne albo nie ma ich wcale. Większość poszkodowanych, jak Alda Sigmundsdóttir, rezygnuje więc z drogi sądowej. – Często to gra niewarta świeczki – przyznaje Anna Trocka.
Milena Bogdanowicz zauważa, że niezależnie od sankcji prawnych, dotkliwą karą za plagiat bywa uszczerbek na wizerunku, którego skutki są odczuwalne niemal od razu, a często mocniej boli i kosztuje równie dużo nerwów co proces sądowy. Niezależnie od działań na drodze prawnej, namawia więc do piętnowania takich zachowań w sieci.
I dlatego Przemysław Semczuk piętnuje. Na swoim profilu opublikował właśnie post, w którym porównuje fragmenty swojego tekstu, który ukazał się w jednym z tygodników, z fragmentami rozdziału wydanej w ubiegłym roku książki o Zagłębiu Dąbrowskim. Kilkanaście przykładów, w wielu przypadkach nie różniących się nawet jednym słowem. I dlatego też Mirosław Mazanec, po konsultacjach z grupą recenzentów, postanowił opublikować w sieci informację o plagiatach kolegi po fachu. A teraz razem rozważają możliwość, by w ramach zadośćuczynienia zażądać od niego choćby symbolicznej wpłaty. Na przykład na pieski.
Bo coś z tym zrobić trzeba.