Jeden kodeks czy trzy odrębne pragmatyki urzędnicze? Zdecydowanie opowiadam się za jedną regulacją. Bo urzędnik na każdym szczeblu, czy to rządowym, czy wojewódzkim, czy w organach kontroli, czy tylko w kilkutysięcznej gminie, powinien być przede wszystkim profesjonalistą, dbać o obywateli, o interesy kraju, a w samorządach także o swoje małe ojczyzny. I wydaje mi się, że podstawowe prawa i obowiązki tych pracowników da się skodyfikować jednolicie.
Oczywiście będzie to zadanie trudne, bo odrębności jest jednak sporo i wiele z nich trzeba będzie zachować. Choćby ze względu na art. 153 Konstytucji RP, który mówi, że „w celu zapewnienia zawodowego, rzetelnego, bezstronnego i politycznie neutralnego wykonywania zadań państwa, w urzędach administracji rządowej działa korpus służby cywilnej”, a jego zwierzchnikiem jest prezes Rady Ministrów. Nie jest to więc praca na miesiąc czy dwa, wymaga zdecydowanie więcej namysłu i szerszego grona tworzących te przepisy niż dokonanie doraźnych zmian w poszczególnych ustawach urzędniczych. Podleganie takiemu kodeksowi powinno być nobilitacją dla urzędnika i jednocześnie gwarancją dla obywateli, że będzie się on dobrze wywiązywał ze swoich obowiązków. Dlatego przeglądając przepisy, warto wybrać z trzech pragmatyk rozwiązania, które się sprawdzają. I np. zmienić te regulacje dla pracowników samorządowych, które tylko pozornie zapobiegają nepotyzmowi w gminach czy powiatach.
Trzeba też wnikliwie zająć się ustawą o pracownikach urzędów państwowych. Ten relikt minionej epoki (została przyjęta w 1982 roku) zaskakująco dobrze się trzyma, ale zupełnie niepotrzebnie dzieli pracowników centralnych instytucji. Jeżeli w urzędach innych niż samorządowe trzeba wydzielić grupę pracowników nie należących do korpusu służby cywilnej, to w ramach jednej pragmatyki. Nie czekając na całościowe zmiany, należy wyeliminować kuriozalne rozporządzenie, które nadal pozwala na nadawania odznaki honorowej „Zasłużony Pracownik Państwowy PRL”.
Reklama
Prac nad kodeksem bardzo się jednak obawiają sami zainteresowani – czyli urzędnicy. Dlaczego? Otóż uważają, ze może to być zamach na ich trzynastki, nagrody jubileuszowe, dodatki stażowe czy inne bonusy stanowiące istotny dodatek do wynagrodzeń. Wszak można na tym zaoszczędzić miliardy, które bardzo przydałyby się w państwowej kasie. Biorąc jednak pod uwagę, że ze względów demograficznych wchodzimy w okres, w którym bardziej poszukiwani będą pracownicy niż praca, warto zadbać, by o karierze urzędniczej nie decydowała selekcja negatywna. Bo to byłoby katastrofą dla kraju. Jednocześnie warto też poszukać takich regulacji, które zlikwidowałyby nadmierne dysproporcje w przyznawanych nagrodach. Żeby niekoniecznie szef urzędu dostawał 30 tys. zł nagrody, a pracownicy, który zasłużyli na wyróżnienie – po 500 zł.
Jak to zrobić, by jednocześnie nie dać podstaw do doszukiwania się politycznych kontekstów zmian? Jeśli obecny szef służby cywilnej dobrze mówi o pracy, jaką włożyła w przygotowanie do zmiany przepisów jego poprzedniczka, wybrana przecież za czasów poprzedniej ekipy, to może jest szansa na dogadanie się ponad podziałami...