Przytoczona liczba pojawia się w opublikowanym dwa lata temu raporcie Carla Freya i Michaela Osborne'a „The future of employment: how to susceptible are jobs to computerisation?”, jednak na razie polityka w ogóle – a polska w szczególności – zdaje się nie zwracać uwagi na przedstawione przez nich problemy. A tylko pomyślcie, jakie skutki dla rynku pracy będzie miało upowszechnienie się samochodów, które nie będą potrzebowały kierowców! A to tylko początek rewolucji. Przez coraz inteligentniejsze komputery zmianom ulegnie praca w transporcie oraz logistyce, produkcji, także praca biurowa – łącznie z analizą danych i obsługą klientów. Zagrożone są także zawody wymagające lepszego wykształcenia, jak choćby doradztwo prawne i finansowe czy tłumaczenia.
Reklama

Reklama
To wizja budząca niepokój, choć muszę się przyznać, że nie mogę doczekać dnia, kiedy nowe technologie zastąpią wiecznie naburmuszone recepcjonistki w mojej rejonowej przychodni.
Możemy się uspokajać, że przepowiednie w rodzaju powstałej w XVIII w. teorii Malthusa (liczbę ludności będzie ograniczał głód, ponieważ zasoby żywności są ograniczone) lub raportu Klubu Rzymskiego z 1972 r. (światowe zasoby zostaną wyczerpane w ciągu 30 lat) się nie sprawdziły. Że technologia zazwyczaj tworzy nowe miejsca pracy, a nie je likwiduje. Bo weźmy te samochody bez kierowców – ich używanie będzie wymagało montowania czujników na drogach, ktoś będzie przecież musiał je produkować, instalować i serwisować. Same roboty też ktoś musi nadzorować, naprawiać i wytwarzać.
Ale wielce prawdopodobne jest, że zbliżamy się do granicy, po przekroczeniu której inteligentne systemy zarządzające oraz roboty zlikwidują znacznie więcej miejsc pracy, niż stworzą.
Drugi wiek maszyny
Watson, superkomputer stworzony przez IBM, chłonie obecnie całą literaturę medyczną świata i niedługo będzie w stanie stawiać diagnozy i rekomendować leczenie z precyzją, której nigdy nie osiągnie lekarz. Sukces tego eksperymentu może oznaczać pożegnanie się z wieloma wysoko opłacanymi specjalistami. Bo będziemy potrzebowali tylko kogoś, kto potrzyma nas za rękę, dopóki automat będzie pobierał nam krew do badania. Z kolei Baxter to niewielki i intuicyjny w obsłudze robot o dwóch ramionach i sympatycznej buźce na ekranie LCD, do zaprogramowania którego nie potrzeba specjalisty, i kosztujący tyle, że może sobie na niego pozwolić nawet mała firma lub indywidualny przedsiębiorca. Oto wybawienie choćby dla meblarzy, bo tworzenie stołów czy krzeseł nie będzie już wymagało własnoręcznego wykonywania innych żmudnych prac – możecie więc zwolnić pomocnika.
Andrew McAfee oraz Erik Brynjolfsson w „The second machine age” piszą o rozwoju technologii i wyzwaniach, które ten postęp tworzy dla świata, a Martin Ford w „Rise of robots” tłumaczy, czego możemy się spodziewać i w jakich dziedzinach. Przesłanie obu książek jest takie samo: rynek pracy w obecnej formie w stosunkowo bliskiej przyszłości przestanie istnieć i musimy już teraz zacząć planować swoją bezrobotną przyszłość.
We wszystkich zachodnich gospodarkach są już widoczne skutki bezrobocia strukturalnego. Świadczy o tym wzrost liczebności prekariatu i zmniejszenie udziału płac w PKB, tzn. moich i twoich zarobków, Drogi Czytelniku. Już nie da się obwiniać za to tylko i wyłącznie globalizacji, bo proces ten, jak przekonuje m.in. „Economist” się odwraca. Na spowolnienie globalizacji wpływ ma kilka czynników – jeden to wzrost płac i kosztów produkcji w Azji, drugi – to właśnie automatyzacja i robotyzacja. Tendencja do skracania łańcuchów dostaw może być korzystna dla Polski, która ma jedne z najniższych kosztów produkcji w Europie. Jednak ten typ produkcji i montażu, który stanowi podstawę polskiej gospodarki, będzie pierwszą ofiarą rozwoju sztucznej inteligencji. Sytuacja, gdy jeden człowiek będzie nadzorował tysiące robotów, nie jest wizją odległej przyszłości. To nasze jutro.
Zmiany te będą miały wielki wpływ na społeczeństwo. Fabryki i firmy należą do kapitału. Można więc oczekiwać, że postępująca automatyzacja dramatycznie powiększy problem nierówności, który tak dobrze udokumentował Thomas Piketty. W tym miejscu przypomniała mi się anegdota, którą opowiedział podczas niedawnej konferencji TED Andrew McAfee z Massachusetts Institute of Technology. Henry Ford i szef związku zawodowego zwiedzali jedną z ogromnych fabryk koncernu. Patrzyli na robotników i Ford nagle zapytał: „Kto będzie płacił składki, kiedy ta fabryka zostanie zrobotyzowana?”. Szef związku błyskawicznie odpowiedział: „A kto, panie Ford, będzie kupował samochody, jeśli robotnicy nie będą mieli pracy?”.
Ta historia przypomina o podstawowej zasadzie, tak często dziś ignorowanej przez polityków i szefów firm skupionych na krótkoterminowej perspektywie. To popyt napędza gospodarkę. I to popyt całego społeczeństwa, a nie tylko uprzywilejowanego 1 proc., do którego należy większa część światowego bogactwa. Spadek udziału płac w PKB i niekończąca się recesja, brak inwestycji, wysokie bezrobocie są ze sobą powiązane. Opodatkowanie progresywne, podatek majątkowy, płace minimalne i gwarantowany dochód są częścią rozwiązania problemu. Nie zwracajcie uwagi na krzyki tych, którzy domagają się niższych podatków i zmniejszenia wydatków państwa. Oni nie biorą pod uwagę skutków drugiego wieku maszyny.
Potrzeba twórczości
Warto pamiętać o zawodach, które są najmniej zagrożone przez Watsona i Baxtera. To branże wymagające kreatywności i inteligencji społecznej, w których interakcje międzyludzkie są o wiele ważniejsze niż podaż konkretnej usługi lub produktu. Do takich zawodów należą opieka społeczna, edukacja, zawody twórcze. Czy samotna starsza pani na wózku wolałaby, żeby opiekował się nią robot, czy człowiek, z którym można porozmawiać?
Co więcej, wiele przyszłych miejsc pracy pojawi się właśnie w tych sektorach, w których teraz władze redukują zatrudnienie. Sztuka, muzyka, ochrona zdrowia, edukacja (jako życiowa misja, nie jako pragmatyczna usługa dla gospodarki preferującej roboty), utrzymanie parków i ogrodów, wszystkie te sfery wymagają połączenia kreatywności i umiejętności społecznych. Umiejętności te nieczęsto spotyka się w fabrykach i działach księgowości wielkich międzynarodowych korporacji.
Poza tworzeniem miejsc pracy w wymienionych branżach warto przyjrzeć się współczesnemu charakterowi zatrudnienia. Liczba zatrudnionych na umowach śmieciowych najprawdopodobniej będzie rosła, a zatrudnienie etatowe będzie się zmniejszało. Rządzący powinni zrozumieć, jak to zrozumiał, trzeba mu to oddać, polski rząd, że bez podjęcia odpowiednich kroków będzie rosła liczba osób bez dostępu do ochrony zdrowia i pomocy społecznej. Nowy przywódca brytyjskiej Partii Pracy Jeremy Corbyn zaproponował, żeby urlop macierzyński przysługiwał również samozatrudnionym i zatrudnionym na umowy czasowe. W Szwecji pracodawcy prowadzą eksperymenty z sześciogodzinnym dniem pracy, bo uznali, że przyczyni się to do wzrostu wydajności, nawet jeśli trzeba zatrudnić większą liczbę pracowników.
Likwidacji miejsc pracy z powodu postępu technologicznego nie da się uniknąć. Baxter, Watson i ich koledzy o to zadbają. Możemy próbować spowolnić ten proces, broniąc przestarzałych branż, jak górnictwo czy metalurgia, ale nie da się go odwrócić. Jednak jest światełko w tunelu i to, co teraz jest postrzegane jako problem: zmiany klimatyczne, degradacja środowiska i starzenie się społeczeństwa, w przyszłości może być źródłem atrakcyjnych i przynoszących satysfakcję miejsc pracy. Dodajcie do tego zmianę charakteru zatrudnienia, mniejsze nierówności społeczne i wzrost inwestycji w innowacyjne technologie, a przyszłość naszych dzieci będzie wyglądała lepiej. A ja nie będę się czuł winny dlatego, że chcę, żeby recepcjonistki w przychodni zostały zastąpione przez roboty.
Dziennik Gazeta Prawna