Kasjerki, lekarze, kierowcy, przedsiębiorcy. Przodownicy pracy zaludniają niemal każdą z branż. Co nas zmusza, by za wszelką cenę bić rekordy wydajności?
Aż 102 tony węgla. Tyle tego cennego surowca w ciągu jednej nocy (z 30 na 31 sierpnia 1935 r.) wydobył Aleksiej Stachanow, górnik dołowy kopalni w Kadijewce (ówczesny ZSRR). Prekursor ruchu współzawodnictwa pracy, który w ciągu jednej zmiany wykonał 1475 proc. normy (!), nie żyje od 37 lat. Idea, której był symbolem, skończyła się jeszcze wcześniej, bo już w latach 50. ubiegłego stulecia. Nie oznacza to jednak, że stachanowców nie ma wśród nas. Zmieniają się jedynie same rekordy i miejsca pracy, w których się je bije. Tony wydobytego węgla zastąpiły setki odbieranych e-maili, a huty i stocznie zamieniły się rolami z centrami handlowymi. Przede wszystkim inne są jednak intencje, w imię których pracownicy podejmują taki wzmożony wysiłek. Czasem, jak w przypadku kasjerek w dyskontach, którym liczy się produkty zeskanowane w ciągu dniówki, to kwestia utrzymania źródła zarobkowania na trudnym rynku pracy. Innym razem, jak w przypadku lekarzy pracujących i dyżurujących bez przerwy nawet przez ponad sto godzin z rzędu, to chęć wyższego zarobku. Te z pozoru odmienne grupy zawodowe łączy jedno – ich tryb pracy to wymóg współczesnego świata. Wbrew pozorom dzisiejszy ustrój społeczno-gospodarczy, który stawia na piedestale człowieka sukcesu i self-made manów, znacznie bardziej sprzyja śrubowaniu własnych możliwości niż poprzednia epoka. Skoro każdy jest kowalem swojego losu, to świat pełny jest ludzi z żelaza.
Wyrobić normę