W połowie roku GUS pochwalił się wyliczeniami, że z pracą w nadchodzących latach może być już tylko lepiej, a wręcz nawet w niedalekiej przyszłości skończą się ręce do pracy. Jeżeli dziś bezrobocie wynosi ponad 10 proc., to – jak wynika z badań aktywności ekonomicznej ludności (BAEL) GUS – w 2020 roku rzekomo spadnie do 3,1 proc. Kto ma wyjechać, ten wyjedzie, nastanie niż demograficzny i rynek wchłonie wszystkich bez pracy. Problem polega na tym, że bezrobocie to nie arkusz w Excelu, a praca to nie kamyk, który można znaleźć na ulicy. Nieprawdziwa jest teza, że emigracja i niż demograficzny w długiej perspektywie przyczynią się do rozwiązania problemu bezrobocia.

Potwierdzenie znajdujemy u naszego sąsiada. Szybki rzut oka na mapę bezrobocia w Niemczech pokazuje, że po wschodniej części Niemiec (terytoria byłego NRD) brak pracy deklaruje między 10 a 20 proc. obywateli, mimo gigantycznych środków wpompowanych w wyrównanie po zjednoczeniu kraju, podczas gdy zachodnie Niemcy na brak pracy nie narzekają. Dlaczego Niemcom na wschodzie nie opłaca się pracować, a ci na zachodzie to tacy pracusie? Otóż bezrobocie zależy od struktury instytucjonalnej, m.in. barier dla pracy, instytucji formalnych, oraz, a może przede wszystkim, od poziomu wiedzy i nieformalnych przekonań, które sami sobie jako społeczeństwo narzucamy. Możemy być bardziej przedsiębiorczy, lepiej wykształceni i aktywni. Zależymy jednak od innych – bo praca to fenomen społeczny i nie istnieje bez innych ludzi.

Chodzi nie tylko o zarobki. Młodzi wyjeżdżają z Polski, bo nie mogą zrealizować się we własnym kraju

Młodzi ludzie nie wyjeżdżają z Polski z powodu wyższych zarobków za granicą, tylko dlatego, że nie mogą zrealizować się we własnym kraju. Dla każdego znaczy to zapewne co innego, lecz widoczny jest wspólny mianownik – wyjeżdżając, zabierają własną kreatywność, chęć zmian i energię i wywożą ją za granicę. W przyszłości to najbardziej obrotni, wykształceni, po uzyskaniu doświadczenia, daliby pracę innym i budując własne firmy, zmienialiby oblicze kraju. Tymczasem wyjeżdżają, bo nie pasują (bądź nikt im nie dał możliwości wpasowania się) do skostniałych struktur, które są obecne na naszym rynku pracy. Nie mogą też zacząć działalności gospodarczej, bo jest to utrudniane przez szybko domagające się swojej doli państwo. Przykładowo kwota wolna od podatku dochodowego wynosi w Polsce 3091 zł rocznie, podczas gdy np. w Wlk. Brytanii jest to ok. 47 tys. zł, nie wspominając o wysokich składkach płaconych na rzecz ZUS. Do tego stopnia wysokich, że same firmy wolą rejestrować się w Wlk. Brytanii niż w Polsce.

Czy nie jest przypadkiem tak, że – zupełnie jak za czasów Maksymiliana Faktorowicza, który nie mógł się zrealizować w kraju i uciekł do USA, tworząc zatrudniającą rzeszę ludzi firmę Max Factor – praca ucieka wraz z aktywnymi młodymi ludźmi?

Nie brak rąk do pracy, ale poważne problemy czekają polską gospodarkę pod koniec lat 20., gdy z rynku pracy zaczną odchodzić roczniki wyżu demograficznego z lat 50. i 60. XX wieku, co doprowadzi do poważnej niestabilności pomiędzy pracującymi a emerytami. Na ich miejsce proponuje się imigrantów ze Wschodu, którzy mieliby wypełnić lukę po młodych. Zapewne będzie to potrzebne i pożyteczne, jeżeli potraktujemy to jako uzupełnienie rynku pracy, a nie proces przeprowadzany w odpowiedzi na wyjeżdżających Polaków. Koszty transakcyjne takiej wymiany Polaków na imigrantów dla gospodarki są gigantyczne – nauka języka, zrozumienie instytucji, doszkolenie z zakresu technologii – i może się ona opłacić tylko tym firmom, które nie mają wysokich wymagań wobec pracowników lub wręcz zatrzymały się na poziomie zbierania jabłek. W konsekwencji polska gospodarka zatrzyma się właśnie na poziomie taniego pracownika (jako outsourcing i zaplecze call-center dla bogatszych krajów). Warto pozyskiwać wykształconych imigrantów, ale ci mają do wyboru również Europę Zachodnią. I wpadamy w błędne koło. Wyjść z niego oraz zatrzymać zawiedzionych młodych Polaków można tylko poprzez zdecydowane reformy.